Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Helka

Teleskop

Człowiek uczy się całe życie. Na przykład wczoraj dowiedziałem się czym można zastąpić teleskop. A wyglądało to mniej więcej tak: Wieczór, niebo ciemne, gwiazdy błyskają, bo chmur jak na lekarstwo. Siedzimy na tarasie, bo nadal jeszcze ciepło. Maluchy biegają jeszcze po ogrodzie. I w pewnej chwili przychodzi Helka i pyta: - Tato, a my mamy teleskop? - Niestety nie - odpowiada z żalem tata, bo też chętnie by czasami zerknął przez teleskop. - A mamy jakiś słoik? - pyta niezrażona brakiem teleskopu Helka. - No pewnie mamy. A o co Ci słoik? - Będziemy patrzyły na gwiazdy - mówi córka, jakby to była oczywista oczywistość. - Ale jak? Przez słoik? - No tak! Jak Baranek Shaun! Oczywiście próby wyjaśnienia, że to co działa w bajkach może nie zadziałać w rzeczywistości, spełzły na niczym. Skutkiem czego maluchy miały wczoraj okazję zobaczyć jak wyglądają gwiazdy przez denka od słoików. I chyba nie wyglądały źle. Przy okazji okazało się, że przez denka od słoików rodzice wyglądają...

Po co tacie okulary, czyli scenka wieczorna

Sytuacja wygląda tak: wieczór, maluchy w łóżkach, ja na podłodze z książką na kolanach.  Otwieram książkę, wybieramy bajkę do czytania. Wybór pada na "The Black Beauty", bo czasami dziewczynom przychodzi chrapka na czytanie po angielsku. Zaczynam czytać pierwsze zdaniem, a Helka wypala z pierwszym pytaniem wieczoru: - Tato, a po co Ci okulary? - Żebym lepiej widział literki i mógł wam czytać bajki - zdejmuję okulary na chwilę, żeby zademonstrować jak bardzo nie widzę literek, kiedy nie mam ich na nosie. - Tato, a ty możesz jeść marchewki? - pada drugie pytanie, pozornie bez związku. - Nie, po marchewkach źle się czuję. Na to włącza się Dośka: - To dlatego masz okulary! I jakby się umówiły, razem recytują puentę ich ulubionego dowcipu: - Bo nie ma królików w okularach! Oczywiście czytanie bajki odsuwa się w czasie, bo trzeba się wystarczająco wyśmiać z żartu. Nie wiem, czy się na to umówiły, ale wyszło im paradnie. PS. A jeśli ktoś nie znał dowcipu o tym dlacze...

Gierki niepospolite

Taka scenka. Pojechaliśmy z żoną na zakupy, dzieci zostały z dziadkami. Wracamy, Helka z Dosią i babcią grzecznie siedzą przy stole i w coś grają. Pytam Dosi: - W co gracie? Na co Dośka bez chwili zastanowienia, za to z błyskiem w oku: - W ping-ponga! Oto jak wygląda gra w ping-ponga zdaniem naszej najmłodszej pociechy: Okazuje się, że da się bez paletek, za to z szach-matami :)

Krowy nie latają

Helka i Dosia bawią się "torem" i zwierzętami. Planują jakieś podróże i wycieczki, ustawiają samochody w konwój, ładują do nich zwierzęta itp. Nagle Helka wypala do Dosi: - Teraz jedziemy do Polski, ale Ty nie możesz z nami jechać. - Dlaczego? - pyta się z żalem siostra. - Bo krowy nie mogą latać samolotami! I teraz zastanawiam się czy nie pokazać im tego odcinka Monty Pythona z latającymi owcami. W sumie prawie w klimacie.

Rozmówki

O tym, że nasze dzieci są dwujęzyczne już pisałem nieraz. O manifestacjach tej dwujęzyczności w postaci mieszania dwóch języków jednym zdaniu też już było. Ale dobrych przykładów nigdy dość, a dzisiejsza rozmowa z Helką po szkole naprawdę nas rozśmieszyła. Helka spędzając codziennie 5 godzin w klasie i mówiąc tam tylko po angielsku lekko się przestawia na język tubylczy i czasami chwilę zajmuje jej przestawienie się na polski. Dziś jadąc z nami po Dosię i rozważając ile to ma zabrać jutro naleśników do szkoły (bo wtorek przed Środą Popielcową to w Irlandii Naleśnikowy Wtorek - odpowiednik naszego Tłustego Czwartku) stwierdziła w końcu, że weźmie chyba tylko trzy bo przecież: - Pani said, że jutro pójdzie do shop, żeby nam buy naleśniki na Pancake Tuesday. Chwilę nam zajęło ogarnięcie tego zdania i pojęcie jego głębi. Kiedy już ogarnęliśmy, uśmiechy nie schodziły nam z twarzy dobre kilka minut. Bo przecież nie wypada się w głos śmiać z tego, co mówi małe dziecko, szczególnie jeśli mó...

Nocne opowieści

Wczoraj wypadła moja kolej uspiania maluchów naszych. Iwka pojechała pięknie śpiewać w chórze, więc mnie przypadł w udziale zaszczyt położenia Helki i Dosi do ich przytulnych łóżek. Mało brakowało a one uśpiłyby mnie, bo dziś zupełnie niespodziewanie to nasze dziewczynki opowiedziały mi bajkę na dobranoc. A najpierw stwierdziły, że moja wersja "Trzech świnek" im jakoś zgrzyta, więc lepiej będzie jak opowiedzą mi własną.  Oczywiście tego jak ta ich wersja brzmiała nie da się powtórzyć. Ale może spróbuję. Choćby oddać lekko klimat.  Trzy świnki poszły sobie do lasu i tam zrobiły domki. Jedna, to była mała świnka, taki mały brat, zrobiła domek ze "straw" [tu następuje korekta taty, który podpowiada, że z "trawy"] i tam miała tylko krzesełko. Taka druga świnka, też mały brat, poszła do lasu i zrobiła dom z patyka [tata w tej chwili mało nie paryska śmiechem wyobrażając sobie dom wystrugany z patyka]. I takie patyki były małe i nie były duże.  I potem te świnki...

Scenka (cześć kolejna, wersja od 18 lat)

Dialog z Helką sprzed kilku dni. Siedzimy przy stole, obiad gotowy. Brakuje tylko Franka. Zaciekawiona Helka pyta: - Gdzie jest Franek? - Poszedł na miasto, do kolegi. - Pobawić się? - Tak. Może lalkami? - Nieeee... - To samochodzikami? - Tato, nie! Może cyckami? - Czym? - No cyckami! Reszta dzieci zaśmiewa się do rozpuku, a ja z Iwką zbieramy szczęki z podłogi. Jak już zebraliśmy, dołączyliśmy do śmiechu.

Scenka wieczorna

Lubię usypiać nasze małe dzieci. Zresztą moja mała żonka, zwana małżonką, też lubi. Dlatego zwykle robimy to na zmianę. I akurat wczoraj padło na mnie. Zatem wieczorny rytuał, czyli mycie, czytanie książeczki, opowieść o tym jak byłem mały (koniecznie i bezwzględnie), a na koniec kołysanka (dziwię się, że wytrzymują mój absolutny brak słuchu i głosu). Przeważnie dwie ostatnie pozycje wykonuję w pozycji horyzontalnej pomiędzy łóżeczkami Dosi i Helki. I przeważnie przy tej okazji każda z nich ma tysiące spraw do obgadania, zapytania czy opowiedzenia. Akurat dokładnie o godzinie 20.03. Typowe. Wczoraj leżałem sobie między łóżeczkami, dziewczyny już w stanie lekko przysypiającym, generalnie cisza i spokój, słychać jedynie moje zawodzenie: "Aaaa.... kotki dwaaaaa...." Nagle Dośka wychyla się z łóżeczka, patrzy na moją koszulkę i pyta: - Co to jest napisane? - Na koszulce? Gruba Ryba. (akurat miałem na sobie koszulkę dawnej restauracji szwagra, obecnie zwanej La Grappa, polec...

Kulturka

Jako niezwykle kulturalni ludzie postanowiliśmy skorzystać z szerokiej oferty dzisiejszej Culture Night (coś w rodzaju polskiej Nocy Muzeów, tylko że raczej wieczorową porą i o zdecydowanie większym zasięgu niż tylko muzea). Jednak nie chcąc być zbyt upierdliwymi zwiedzającymi (w końcu kultura obowiązuje) postanowiliśmy udać się w jedno tylko miejsce. Miało ono zdecydowane dwie zalety. Po pierwsze, gospodynią była nasza osobista mama i żona, czyli Iwa we własnej osobie. Po drugie, wobec ogromu oferty w całym mieście byliśmy w zasadzie jedynymi gośćmi. W ten właśnie sposób spędziliśmy kilka miłych chwil w Little Red Kettle przymierzając kostiumy, zakładając maski i inne ciekawe rzeczy, bawiąc się rekwizytami oraz racząc się ciasteczkami. Skutkiem zabaw i przebieranek było parę zdjęć, z których tylko niektóre nadają się do publikacji w internecie. Pozostałymi będę mógł szantażować dzieci, kiedy będą już dorosłe i będą chciały uchodzić za poważne. Ale nie trzymam dłużej w niepewności ...

Malu, malu

Jest tak, że nasza córka średnia Helką zwana (choć niektóre panie w przedszkolu zwały ją Helgą) maluje na potęgę farbami, kredkami, długopisami, a nawet niestety kamykami po lakierze naszego samochodu. Z tej jej fascynacji malunkami wszelkiego rodzaju pozostają nam sterty kartek mniejszych i większych zapełnionych kolorowymi i czarno-białymi, lub utrzymanymi w odcieniach szarości, rysunkami. Sterty rosną, chociaż czasami, kiedy Helka nie widzi, pozbywamy się części dzieł. Wiem, że przyszłe pokolenia nie wybaczą nam tego, że bezpowrotnie utraciły tyle dzieł tak płodnej artystki, ale cóż zrobić, kiedy dom nie jest z gumy, a galerie w naszym mieście jeszcze nie przyjmują jej prac do swoich stałych ekspozycji. Na razie musimy zadowolić się naszą małą prywatną galerią, w której tymczasowo prezentowane są najlepsze z prac Helki z ostatniego okresu. Ostatnio dzięki inwencji Iwki i mojego zmysłu technicznego galeria przeniosła się z drzwi lodówki na sznurki zawieszone na nieużywanych drzwia...

Scenki dwie

Dziś tak na szybko dwie scenki z życia maluchów. Scenka pierwsza. Dziewczyny idą spać. I gadają o tym jak dzień wcześniej nocowaly u koleżanki. Nie było to calkowicie bezbolesne nocowanie, bo dialog wyglądał tak: Helka: Ja płakałam. Dosia: Ja też Helka (po małej chwili zastanowienia): Przybij piątkę. Trudno było nie parsknac śmiechem. Scenka druga. Pora poobiednia, siadamy na herbatę, kawę, wodę z sokiem, czy co tam kto lubi. Dosia tradycyjnie pakuje się tacie na kolana. I zupełnie nie tradycyjnie bierze do ręki stojący przy fotelu krucyfiks. Rzuca na niego okiem, w którym dostrzec można przebiegły błysk. I jakby nigdy nic zaczyna śpiewać: "If you're happy and you know clap your hands... No, clap your hands!" Tata w tej chwili parska śmiechem, tym bardziej perlistym, bo Jezus na krucyfiks wygląda właśnie tak: Przebiegłego błysku w oku Dosi nie udało się uchwycić. Ze śmiechu nie byłbym w stanie utrzymać komórki w ręku. To tyle na dziś. Dziękuję za uwagę ...

Książeczka

Do biblioteki lubiliśmy chodzić zawsze. Kiedyś już nawet już o tym pisałem. A ostatnio z racji wakacji mamy nieco więcej czasu na odwiedzanie tego przybytku cztelnictwa i innych intelektualnych przyjemności. Helka zafascynowana liczbą książek aż zdecydowała sobie wyrobić kartę do biblioteki i od ponad miesiąca dumnie wypożycza "piękne książeczki", jak sama o nich mówi. Bo na razie główym kryterium wyboru jest okładka, im kolorowsza i z ładniejszym obrazkiem, tym lepsza. Może z czasem zainteresowanie przerzuci się bardziej na to co w środku. Nadzieja jest, bo starsza siostra już raczej treścią się interesuje a nie okładkami. Chociaż dziś poszła zdecydowanie w ilość i pożyczyła jedną z najgrubszych książek jakie udało się znaleźć. Dowód załączony na obrazku: Dla tych o słabszym wzroku lub tych, którzy nie założyli okularów wyjaśnienie - jest to "Wojna i pokój" Tołstoj, oczywiście po angielsku. A dlaczego akurat ta książka? Ci, którzy mieli to szczęście i obejr...

Wyjątkowe selfie

Jakiś czas temu, wcale nie tak znów długi, zdarzyło mi się zabrać dwa maluchy nasze (które wcale nie są już takie małe) do stolicy pięknego irlandzkieggo kraju i pokazać kilka żywych zwierząt (oraz parę nie do końca żywych). Pogoda sprzyjała, zwierzęta były całkiem chętne do pokazywania siebie, a obie dziewczynki zachwycone i flamingami i pingwinami i resztą garmażerii, czy menażerii. Jak się okazało najśmieszniejsze imię w całym ZOO ma zwierzak zwany Bongo. Dziewczyny śmiały się z 15 minut. A potem jeszcze czasami sobie przypominały i zaśmiewały się znowu. Przynajmniej do chwili kiedy nie padły w samochodzie w drodze powrotnej. A mniej więcej w połowie zwiedzania ZOO udało mi się zrobić wyjątkowe selfie z Helką i Dosią. Niniejszym prezentuję je poniżej. Proszę nie regulować odbiorników. Na szczęście żadna z nich nie jest ani trochę podobna do taty :)

W skrócie...

Tak na szybko garść informacji co tam u nas słychać. Wcale nie najważniejszych, raczej tych udokumentowanych na obrazkach powszechnie zwanych zdjęciami. No to zaczynamy. Dwie najmłodsze pociechy lubią karteczki i kredeczki. A z połączenia robią takie obrazeczki: I w zbliżeniu: Na obrazku możemy zauważyć Helkę i Dosię idące na spacer ze świnką. Za nimi idzie mama i tata oraz kolega Kamil. A nad nimi lata helikopter (chociaż Dosia twierdziła kiedyś, że to wcale nie Heli kopter, tylko Dosi kopter). Poza tym świeci słońce i płyną po niebie chmurki. Sielanka. Pociecha nieco starsza dostała ostatnio wyczekany mundur harcerski. W wyczekanym mundurze harcerskim prezentuje się tak: Zacnie, nieprawdaż? I może teraz dumna i blada chodzić na zbiórki, jeździć na obozy, biwaki i inne takie i owakie. Rozpocząl się sezon na zdjęcia na armacie, czyli robi się na tyle ciepło i popołudniowo jasno, że wyprawa do parku po obiedzie będzie coraz częściej normą niż wypadkiem przy pracy. A d...

Stukanie

Otóż taka jest sytuacja, że na początku grudnia stuka nam kilka rocznic istotnych. Jakoś tak się złożyło, że najpierw 3 dnia miesiąca bieżącego stukneło pannie Dorocie 3 lata życia wesołego. Dzień później nam najstarszej połowie rodziny stukneło 11 lat od zamieszkania pod dachem, pod którym nadal mieszkamy (młodsza połowa Futraków mieszka oczywiście krócej, bo i życie ich krótsze jest nieco, na przykład panny Doroty - zaledwie trzyletnie - ale o tym już chyba było). 5 grudnia mieliśmy przerwę w świętowaniu, mogliśmy wyleczyć kaca i chwilę odpocząć od szampańskiej zabawy, ale tylko po to, żeby już grudnia 6 świętować stuknięcie kolejne - tym razem wydarzenia, od którego wszystko się zaczęło. To właśnie 6 grudnia, mając dość trochę obrabiania zdjęć dzieci z przedszkola na Kabatach, napisałem list (jak się okazało za długi, chociaż wyszło na to, że w sam raz) do niejakiej Iwki, której wtedy nawet wirtualnie nie znałem. A potem już poszło, kawa, kino, jedna impreza, druga impreza, ślub...

Maluchy wiedzą lepiej

Maluchy bawią się w dom (chyba, bo to nigdy do końca nie wiadomo). Helka: "Idę spać" i kładzie się na podłodze pod kocyk. Dwie do trzech sekund potem Dosia woła: "Elka! Stawaj! Stawaj!" Helka otwiera oko i cicho poucza siostrę: "Nie wstawaj. Wake up." Dosia zatem: "Ejk ap, ejk ap!" I to by było na tyle naszej zasady mówienia po polsku w domu. Maluchy i tak wiedzą lepiej. A przy okazji... Od dziś do niedzieli mamy 100% uwagi Dośki i Helki, starszaki wybyły nam na harcerskie wojaże (konkretnie Franek na wędrowniczy złaz, a Zuzka na zuchowy biwak), więc czas spedzam raczej na podłodze, ewentualnie na słuchaniu piosenek dla dzieci i na "tany, tany". Nie, wcale nie narzekam. Wręcz przeciwnie.

(Nie)Pierwszy dzwonek

Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, nasza mała Helenka od września przywdzieje mundurek i pójdzie do szkoły. Tak, tak. Do Szkoły! Do szkoły przez duże SZK! Wprawdzie zacznie od Junior Infants, czyli takiej tutejszej młodszej zerówki, ale zawsze będzie to już szkoła. Taka z plecakiem, lunchem w pudełku i nawet jakąś książką pewnie, albo i dwiema. Wciąż nie możemy wyjść z osłupienia po tym jak dostaliśmy list oferujący nam miejsce w szkole dla Helki. Osłupienie było na tyle wielkie, że w stanie ciężkiego szoku odesłaliśmy potwierdzenie zgadzając się na wysłanie naszej małej córki w szkolny kierat. I teraz już nie ma odwrotu, od września Helka idzie do zerówki. I chyba wyczuwa, że coś jest na rzeczy, bo dziś pierwszy raz sama podpisała obrazek. O właśnie...

Poranna porcja słodyczy

Nie zdarza się tak codzień, ale są takie dni, że maluchy wstają razem i w dobrych humorach. I nawet fakt, że wstają o 6:15 rano już tak bardzo nie przeszkadza, kiedy spojrzy się na ich uśmiechnięte mordeczki. A jeszcze jak zjedzą śniadanie i humory staną się lepsze, można normalnie je łyżkami jeść. Prawda?

Znajdź Helkę

Jest taki plac zabaw dla dzieci naszych, na którym przeważnie wiatr urywa nam głowy i porywami swoimi wypędza nas do domu lub do pobliskiej kawiarni. Jednak niedawno wiatru nie było. Wielce zdziwiony tym faktem aż zrobiłem kilka zdjęć. Na jednym z nich można nawet znaleźć Helkę. Za znalezienie nagród nie przewiduję :)

Rozmowa nad obrazkiem

Helka: Tata, see. (pl. Tato, zobacz) Ja: Oooo! A kto to? Helka: Tata! Ja: Jaki ładny.... Iwka (wchodząc do salonu): Ooo... To mama? Helka: Nieeeee.... Tata! Ja: No przecież mówiła, że tata. A gdzie ma brodę? Helka (patrząc na obrazek): Broda? Ja: Gdzie taty broda? Helka: OK. I w ten sposób powstał ten oto obrazek, a postać na obrazku (tata, oczywiście) zyskała długą czarną brodę. Dziękuję za uwagę.