Przejdź do głównej zawartości

Wyjątkowe selfie

Jakiś czas temu, wcale nie tak znów długi, zdarzyło mi się zabrać dwa maluchy nasze (które wcale nie są już takie małe) do stolicy pięknego irlandzkieggo kraju i pokazać kilka żywych zwierząt (oraz parę nie do końca żywych).
Pogoda sprzyjała, zwierzęta były całkiem chętne do pokazywania siebie, a obie dziewczynki zachwycone i flamingami i pingwinami i resztą garmażerii, czy menażerii. Jak się okazało najśmieszniejsze imię w całym ZOO ma zwierzak zwany Bongo. Dziewczyny śmiały się z 15 minut. A potem jeszcze czasami sobie przypominały i zaśmiewały się znowu. Przynajmniej do chwili kiedy nie padły w samochodzie w drodze powrotnej.
A mniej więcej w połowie zwiedzania ZOO udało mi się zrobić wyjątkowe selfie z Helką i Dosią. Niniejszym prezentuję je poniżej. Proszę nie regulować odbiorników.


Na szczęście żadna z nich nie jest ani trochę podobna do taty :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Stary blog znika

Kilka dni temu Blox.pl wysłał nam wiadomość, w której z wielką przykrością poinformował nas, że nasz stary blog prowadzony właśnie na Blox.pl (futraki.blox.pl) zniknie za jakiś czas w odmętach internetu. To co tam napisane, czyli nasze perypetie z wyjazdem do Irlandii oraz kilka dobrych lat naszej irlandzkiej przygody będzie można czytać jeszcze do końca kwietnia. Potem trzeba będzie się zadowolić tym co piszemy (niestety zbyt rzadko) tutaj, na bloggerze. Oczywiście jest opcja przeniesienia całej zawartości bloga z bloxa gdzieś indziej, ale na razie mi się ta sztuczka nie udała. Może w najbliższym tygodniu, może później... a może w ogóle. Na razie całość bloxowego bloga mam na dysku w komputerze, więc jest szansa, że gdzieś to jeszcze trafi, tak aby wszelkiej maści wścibscy i ciekawszy naszej futrakowej przygody mogli sobie poczytać. A może... może.... Może skłoni mnie to do przeniesienia się całkowicie na jakąś nową platformę, na przykład wzorem jednego z moich ulubionych blogów (www…

Rozmówki

O tym, że nasze dzieci są dwujęzyczne już pisałem nieraz. O manifestacjach tej dwujęzyczności w postaci mieszania dwóch języków jednym zdaniu też już było. Ale dobrych przykładów nigdy dość, a dzisiejsza rozmowa z Helką po szkole naprawdę nas rozśmieszyła.
Helka spędzając codziennie 5 godzin w klasie i mówiąc tam tylko po angielsku lekko się przestawia na język tubylczy i czasami chwilę zajmuje jej przestawienie się na polski. Dziś jadąc z nami po Dosię i rozważając ile to ma zabrać jutro naleśników do szkoły (bo wtorek przed Środą Popielcową to w Irlandii Naleśnikowy Wtorek - odpowiednik naszego Tłustego Czwartku) stwierdziła w końcu, że weźmie chyba tylko trzy bo przecież:
- Pani said, że jutro pójdzie do shop, żeby nam buy naleśniki na Pancake Tuesday.
Chwilę nam zajęło ogarnięcie tego zdania i pojęcie jego głębi. Kiedy już ogarnęliśmy, uśmiechy nie schodziły nam z twarzy dobre kilka minut. Bo przecież nie wypada się w głos śmiać z tego, co mówi małe dziecko, szczególnie jeśli mówi…

Mistrzowska pszczółka

Jest taki konkurs wśród uczniów szkół podstawowych, w którym literuje się słowa od łatwych, poprzez trudne, aż po te naprawdę skomplikowane. Wydawałoby się, że literowanie to nic trudnego, ale okazuje się, że po angielsku to jednak jest pewna sztuka, bo tutaj każda literka ma swoją własną nazwę. Na przykład takie proste "h" nazywa się "ejdż", równie proste "y" to "łaj" a na przykład "w" to już "dablju". I weź tu człowieku przeliteruj komuś swoje imię i nazwisko kiedy nazywasz się "Krzysztof Wiśniewski". Przecież to brzmi jak jakaś mowa Obcych z okolic Syriusza, albo innej mgławicy Andromedy. No bo kto normalny nazywa się "kej ar zet łaj es zet ti ou ef dablju aj es en aj i dablju es kej aj". Oczywiście po pewnym czasie człowiek się uczy tego na pamięć i nawet obudzony o północy recytuje to z zamkniętymi oczami.
Ale są słowa, których nawet ja się nie nauczę na pamięć i nie przeliteruję po angielsku w żaden …