Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Zuzka

Poleciał

Zostało nas pięcioro, niczym te palce u jednej ręki (lub nogi). Oficjalnie w czwartek nasz pierworodny spakował swój dobytek (jak się okazuje niecały) zapakował go do samochodu (nieswojego, bo prawa jazdy jeszcze nie ma) i przeniósł się do swojego nowego domu. Jednym słowem: wyprowadził się. 5 minut przed wyprowadzką - wielka radość Trochę to dziwne uczucie, ale nie jakoś szczególnie szokujące, bo do wyprowadzi szykował się przynajmniej kilka tygodni, a od kilku dni wiedział już dokąd się przenosi. My też nie prosiliśmy usilnie, żeby został. Wprost przeciwnie, wyprowadzka radość wielką nam sprawiła. Bo po pierwsze, pełnoletni człowiek musi w końcu się usamodzielnic, a im wcześniej wyleci z gniazda i odetnie pępowinę, tym lepiej. Po drugie, jakoś chyba lepiej nam się dogaduje z Frankiem kiedy widzimy go mniej i mniej nam rzucają się w oczy jego nastolatkowe jeszcze zachowania. Po trzecie wreszcie, chłopak kończy szkołę i będzie miał całkiem ciekawy zawód, pracuje na pełny etat, wię...

Mistrzowska pszczółka

Jest taki konkurs wśród uczniów szkół podstawowych, w którym literuje się słowa od łatwych, poprzez trudne, aż po te naprawdę skomplikowane. Wydawałoby się, że literowanie to nic trudnego, ale okazuje się, że po angielsku to jednak jest pewna sztuka, bo tutaj każda literka ma swoją własną nazwę. Na przykład takie proste "h" nazywa się "ejdż", równie proste "y" to "łaj" a na przykład "w" to już "dablju". I weź tu człowieku przeliteruj komuś swoje imię i nazwisko kiedy nazywasz się "Krzysztof Wiśniewski". Przecież to brzmi jak jakaś mowa Obcych z okolic Syriusza, albo innej mgławicy Andromedy. No bo kto normalny nazywa się "kej ar zet łaj es zet ti ou ef dablju aj es en aj i dablju es kej aj". Oczywiście po pewnym czasie człowiek się uczy tego na pamięć i nawet obudzony o północy recytuje to z zamkniętymi oczami. Ale są słowa, których nawet ja się nie nauczę na pamięć i nie przeliteruję po angielsku w żaden ...

Kulturka

Jako niezwykle kulturalni ludzie postanowiliśmy skorzystać z szerokiej oferty dzisiejszej Culture Night (coś w rodzaju polskiej Nocy Muzeów, tylko że raczej wieczorową porą i o zdecydowanie większym zasięgu niż tylko muzea). Jednak nie chcąc być zbyt upierdliwymi zwiedzającymi (w końcu kultura obowiązuje) postanowiliśmy udać się w jedno tylko miejsce. Miało ono zdecydowane dwie zalety. Po pierwsze, gospodynią była nasza osobista mama i żona, czyli Iwa we własnej osobie. Po drugie, wobec ogromu oferty w całym mieście byliśmy w zasadzie jedynymi gośćmi. W ten właśnie sposób spędziliśmy kilka miłych chwil w Little Red Kettle przymierzając kostiumy, zakładając maski i inne ciekawe rzeczy, bawiąc się rekwizytami oraz racząc się ciasteczkami. Skutkiem zabaw i przebieranek było parę zdjęć, z których tylko niektóre nadają się do publikacji w internecie. Pozostałymi będę mógł szantażować dzieci, kiedy będą już dorosłe i będą chciały uchodzić za poważne. Ale nie trzymam dłużej w niepewności ...

Książeczka

Do biblioteki lubiliśmy chodzić zawsze. Kiedyś już nawet już o tym pisałem. A ostatnio z racji wakacji mamy nieco więcej czasu na odwiedzanie tego przybytku cztelnictwa i innych intelektualnych przyjemności. Helka zafascynowana liczbą książek aż zdecydowała sobie wyrobić kartę do biblioteki i od ponad miesiąca dumnie wypożycza "piękne książeczki", jak sama o nich mówi. Bo na razie główym kryterium wyboru jest okładka, im kolorowsza i z ładniejszym obrazkiem, tym lepsza. Może z czasem zainteresowanie przerzuci się bardziej na to co w środku. Nadzieja jest, bo starsza siostra już raczej treścią się interesuje a nie okładkami. Chociaż dziś poszła zdecydowanie w ilość i pożyczyła jedną z najgrubszych książek jakie udało się znaleźć. Dowód załączony na obrazku: Dla tych o słabszym wzroku lub tych, którzy nie założyli okularów wyjaśnienie - jest to "Wojna i pokój" Tołstoj, oczywiście po angielsku. A dlaczego akurat ta książka? Ci, którzy mieli to szczęście i obejr...

W skrócie...

Tak na szybko garść informacji co tam u nas słychać. Wcale nie najważniejszych, raczej tych udokumentowanych na obrazkach powszechnie zwanych zdjęciami. No to zaczynamy. Dwie najmłodsze pociechy lubią karteczki i kredeczki. A z połączenia robią takie obrazeczki: I w zbliżeniu: Na obrazku możemy zauważyć Helkę i Dosię idące na spacer ze świnką. Za nimi idzie mama i tata oraz kolega Kamil. A nad nimi lata helikopter (chociaż Dosia twierdziła kiedyś, że to wcale nie Heli kopter, tylko Dosi kopter). Poza tym świeci słońce i płyną po niebie chmurki. Sielanka. Pociecha nieco starsza dostała ostatnio wyczekany mundur harcerski. W wyczekanym mundurze harcerskim prezentuje się tak: Zacnie, nieprawdaż? I może teraz dumna i blada chodzić na zbiórki, jeździć na obozy, biwaki i inne takie i owakie. Rozpocząl się sezon na zdjęcia na armacie, czyli robi się na tyle ciepło i popołudniowo jasno, że wyprawa do parku po obiedzie będzie coraz częściej normą niż wypadkiem przy pracy. A d...

Maluchy wiedzą lepiej

Maluchy bawią się w dom (chyba, bo to nigdy do końca nie wiadomo). Helka: "Idę spać" i kładzie się na podłodze pod kocyk. Dwie do trzech sekund potem Dosia woła: "Elka! Stawaj! Stawaj!" Helka otwiera oko i cicho poucza siostrę: "Nie wstawaj. Wake up." Dosia zatem: "Ejk ap, ejk ap!" I to by było na tyle naszej zasady mówienia po polsku w domu. Maluchy i tak wiedzą lepiej. A przy okazji... Od dziś do niedzieli mamy 100% uwagi Dośki i Helki, starszaki wybyły nam na harcerskie wojaże (konkretnie Franek na wędrowniczy złaz, a Zuzka na zuchowy biwak), więc czas spedzam raczej na podłodze, ewentualnie na słuchaniu piosenek dla dzieci i na "tany, tany". Nie, wcale nie narzekam. Wręcz przeciwnie.

Yak!

Podobno dzieci dwujęzyczne szybciej się uczą i ogólnie mają sprawniejsze głowy. Podobno. Patrząc na Zuzkę jestem w stanie w tę teorię uwierzyć, chociaż porównanie z jednojęzycznymi dziewięciolatkami mam znikome. Jednak ja w sumie nie o tym miałem... Okazuje się że nasza niespełna dwuletnia Dosia już przejawia mocne symptomy dwujęzyczności, głównie za sprawą swojej starszej siostry, po której powtarza co łatwiejsze słowa. A jednocześnie tworzy swoje własne, często na bazie jednego lub drugiego języka. Ale jest też jedno, należące do moich ulubionych, które powstało z połączenia polskiego i angielskiego. To właśnie ono króluje dziś w tytule. "Yak!" to nic innego jak połączenie "yes" i "tak". Na przykład pytasz Dosię "Chcesz pić?" i możesz by...

Placyk

Zapakowaliśmy nasze pociechy, dołożyliśmy kolegę Zuzki i pełnym samochodem (pełnym ludzi i śmiechu) pojechaliśmy na jeden z ulubionych placów zabaw, ten w Passage East. Chciałem zrobić dzieciakom parę zdjęć, ale rozbawione umykały zbyt szybko. Dopiero chwila popasu w postaci ciastek zatrzymała cała czwórkę na dłużej niż 5 sekund. Potem było już tylko szaleństwo, najpierw na placu zabaw, a potem jeszcze nad rzeką, która została obrzucona kamieniami w ilości nieprzyzwoitej. Chcąc uniknąć całkowitego zablokowania rzeki (bądź co bądź, ważnego szlaku żeglugowego) stosem kamieni czym prędzej zgarnęliśmy naszą gromadę i zapakowaliśmy do samochodu, by po powrocie do domu być świadkami tego jak świeże powietrze dobrze działa na tempo zasypiani...

Zielono mi

Znaczy nie bezpośrednio mi, tylko Dośce, która uwielbia na boska spacerować po trawie. A że trawy na Zielonej Wyspie sporo, więc ma równie spore pole do popisu. Poniżej przykład bosego biegania po trawie, akurat z ostatniego weekendu, z festynu w Mount Congreve. Generalnie tak się jej spodobało, że nie chciała tego kawałka trawy zostawić i kręciła się po nim w kółka uciekając tacie we wszystkie strony. W końcu trzeba było ją ręcznie ewakuować i przenieść w inne miejsce, które okazało się równie dobre do deptania bosymi stopkami. A tak na marginesie, od dziś mamy w domu przedszkole, bo w odwiedziny wpadły koleżanki (plus kolega) Zuzki i zostają do jutra. Będzie wesoło :)

Lulu!

Są takie słowa wymyślone przez nasze dzieci, które na stałe trafiają do naszego futrakowego słownika. Franek miał swoją "stępołkę", Zuzka stworzyła "patutata", a Helka jest w trakcie tworzenia wielu nowych wyrazów, z których na razie najbardziej przyjął się "lulu". Nie wcale nie chodzi ani o potrzebę nagłego udania się w miejsce zaciszne, by tam oddać się czynności fizjologicznej, ani też o chęć pójścia w tzw. objęcia Morfeusza. "Lulu" w języku helkowym, a teraz i już naszym wspólnym, oznacza po prostu lody. A ilustrację do tej pozycji słownikowej prezentuje Dosia (która jeszcze własnych słów nie układa, a jedynie podłapała "bubu" od starszej siostry). A dla chętnych konkurs. Co znaczą "stępołka", "patutat" i "bubu"? Nagród nie przewiduję :)

Babcia może morze?

Jak niektórzy pewnie wiedzą (a niektórzy nie), nasza córka Zuzanna wybrała się na wycieczkę do Polski. A jako rasowa turystka, która z każdej wycieczki przywozi parę pamiątek, także i z tej kilka przywiozła do swojej kolekcji. Wśród pamiątek znalazło się także miejsce dla babci Eli. I w tej niecodzienny sposób mama mojej żony i moja teściowa w jednej osobie zjawiła się w naszych skromnych progach. Krząta się po domu, bawi z licznymi wnuczkami, tu zajrzy, tam pomoże, i okazuje się pomocna że wszech miar. W nagrodę zamówiliśmy jej piękną pogodę i zabraliśmy (babcię, nie pogodę) na plażę do pobliskiego kurortu zwanego Tramore. Owoc obrazkowy owego wypadu tutaj . A na zachętę dwa obrazki poniżej. Proszę bardzo :)

Takie dni

Dla takich dni jak ten człowiek żyje.  Tak można w skrócie podsumować 14 marca. A dlaczegóż to? A dlategóż, iż ponieważ :) Zaczęło się od tego, że pracę skończyłem o 13 czyli miałem w perspektywie pół dnia wolnego, słońce w pełni, rześki wiatr w plecy i rower. Cóż było robić.... Kawę można było wypić na mieście że znajomym, na przykład. No to skoro można było, to się wypiło. Potem się pojechało odebrać Zuzkę ze szkoły, co córkę niezmiennie jeszcze cieszy. I do parku się skoczyło.  I maluchy odebrało się z przedszkola. I żonę ze szkoły całkiem dla niej niespodziewanie. I wróciło się spacerem do domu w rodzinnym gronie i w zachodzącym słońcu (co udało się uwiecznić na zdjęciu poniżej). I zjadło się w szóstkę obiad (co ostatnio rzadziej się udawało, bo nawał obowiązków nie zawsze pozwalał) i posiedziało się spokojnie przez parę chwil.  A wieczorem jeszcze raz rower został ruszony, żeby sobie nie myślał, że będzie się w taką pogodę wylegiwał w komórce. Zabrałem Helkę na fote...

Suplement

Pozwólcie nieliczni nasi czytelnicy, że do tego co napisała Iwka dodam kilka obrazków. Ok?

Historycznie

Korzystając z chwili spokoju w pracy pochwalę się jedną ze swoich cudownych córek. Co wy na to? Otóż jakiś czas temu panna Zuzanna przyniosła do domu taki oto dyplom (na obrazku poniżej). Okazało się, że zupełnie nikomu nic nie mówiąc i nikomu się nie chwaląc wzięła udział w konkursie historycznym w Polskiej Szkole. I nie tylko wzięła, ale i zajęła w nim zaszczytne miejsce. Nic tylko się cieszyć, chwalić i nagradzać. Tym bardziej, że w testach świątecznych w szkole irlandzkiej z pytań historycznych zdobyła 100%. A niektóre były takie, że ja miałbym kłopot z odpowiedzią na nie. Czy jeśli stwierdzę, że to po tatusiu taka ona uzdolniona, to wyjdę na zaufanego w sobie buca? :)

Podaj cegłę

Przy okazji pierwszego w życiu Helki kinderbalu urodzinowego, na który zaprosiła ją koleżanka z przedszkola, bawiły się też i Zuzka i Dosia. Ta ostatnia oprócz zabawy usiłowała też zbudować dom dla taty, ale inne dzieci miały inne plany co do plastikowych cegieł. Niemniej jedną cegłę udało się jej uchronić przed zakusami współbiesiadników ;)

A jak armata

Tak parafrazując... W parku armata, Ooo! Jaka wielka, A na niej siedzą Zuzka i Helka....

Helka z pudełka

Kto wychodzi z pudełka? No kto? No któżby inny niż Helka? W pudełku zwykle mieszkają klocki i inne drobiazgi, ale kiedy lądują na podłodze (przyprawiając Iwkę o ból głowy), ich miejsce w pudełku chętnie zajmuje a to Helka, a to Dośka, a to nawet Zuzka, która już ledwo się w nim mieści. Do pudełka nie próbował jeszcze wchodzić Franek, ale znając inwencję naszych dzieci kluczowym słowem w tym zdaniu może być "jeszcze".

Kąpanie vs. kopanie

Jedna się kąpała, a druga kopała w piasku. Tata tymczasem przeważnie leżał na kocu spoglądając to na jedną, to na drugą z jednakową troską i ciesząc się tymi chwilami. W hotelu nieopodal dwóch gitarzystów grało rockowe i irlandzkie standardy i wydawało się, że wszystko jest idealnie. I było. Przynajmniej do chwili, kiedy fale przypływu nie zaczęły niebezpiecznie zagrażać niezwykle wygodnemu kocykowi i pełnej niespodzianek dziurze z wodą. Wtedy tata zebrał córeczki, zapakował do samochodu i, zahaczając o budkę z lodami, zabrał je do domu. Takie popołudnia warto zapamiętać. Często się nie zdarzają.

Obozowicze

Sygnalizuję tylko, że nasz dzielny wędrownik i równie dzielna zuchenka, czyli mówiąc po ludzku Franek i Zuzka, wrócili z obozu w Ruan pod Ennis. Buzie uśmiechnięte chociaż zmęczone świadczą o tym, że obóz był udany, a dzieciaki zachęcone do powrotu za rok. A tymczasem najmłodsza nasza pociecha już stara się dorównać starszemu rodzeństwu i postanowiła nauczyć się jeść sztućcami. Niestety, na razie bez powodzenia.

Ku zdrowotności!

Mówili: "Zdrowe koktaile, wyśmienite!" Mowili: "Dzieci będą zachwycone, zdrowe i piękne." Mowili: "Same naturalne składniki, owoce i inne takie." A wyszło tak jak na załączonym obrazku.