Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Dosia

Unikalny wzór kasownika

Nasza najmłodsza pociecha jest w trakcie wkraczania w dorosłość, co objawia się między innymi coraz bardziej wymyślnymi żartami, ciętymi ripostami, a także.... traceniem zębów mlecznych. Wkraczanie jeszcze chwilę potrwa, bo zębów jeszcze kilka zostało, ale ostatnio jakoś tak się złożyło, że kilka z nich posypało się w dość krótki czasie. Zaczęło się w Wigilię, ale kilka dni temu poleciał chyba już trzeci. Nasza Dosia, zwana po cichu Kasownikiem, wygląda obecnie tak: Prawda, że uroczo? A co do jej żartów i ciętych ripost, nie wiem sam jak zniesiemy ich eskalację wraz z wiekiem. Chyba będę musiał poświęcić im osobny wpis, żeby przejść tę traumę.   

Teleskop

Człowiek uczy się całe życie. Na przykład wczoraj dowiedziałem się czym można zastąpić teleskop. A wyglądało to mniej więcej tak: Wieczór, niebo ciemne, gwiazdy błyskają, bo chmur jak na lekarstwo. Siedzimy na tarasie, bo nadal jeszcze ciepło. Maluchy biegają jeszcze po ogrodzie. I w pewnej chwili przychodzi Helka i pyta: - Tato, a my mamy teleskop? - Niestety nie - odpowiada z żalem tata, bo też chętnie by czasami zerknął przez teleskop. - A mamy jakiś słoik? - pyta niezrażona brakiem teleskopu Helka. - No pewnie mamy. A o co Ci słoik? - Będziemy patrzyły na gwiazdy - mówi córka, jakby to była oczywista oczywistość. - Ale jak? Przez słoik? - No tak! Jak Baranek Shaun! Oczywiście próby wyjaśnienia, że to co działa w bajkach może nie zadziałać w rzeczywistości, spełzły na niczym. Skutkiem czego maluchy miały wczoraj okazję zobaczyć jak wyglądają gwiazdy przez denka od słoików. I chyba nie wyglądały źle. Przy okazji okazało się, że przez denka od słoików rodzice wyglądają...

Po co tacie okulary, czyli scenka wieczorna

Sytuacja wygląda tak: wieczór, maluchy w łóżkach, ja na podłodze z książką na kolanach.  Otwieram książkę, wybieramy bajkę do czytania. Wybór pada na "The Black Beauty", bo czasami dziewczynom przychodzi chrapka na czytanie po angielsku. Zaczynam czytać pierwsze zdaniem, a Helka wypala z pierwszym pytaniem wieczoru: - Tato, a po co Ci okulary? - Żebym lepiej widział literki i mógł wam czytać bajki - zdejmuję okulary na chwilę, żeby zademonstrować jak bardzo nie widzę literek, kiedy nie mam ich na nosie. - Tato, a ty możesz jeść marchewki? - pada drugie pytanie, pozornie bez związku. - Nie, po marchewkach źle się czuję. Na to włącza się Dośka: - To dlatego masz okulary! I jakby się umówiły, razem recytują puentę ich ulubionego dowcipu: - Bo nie ma królików w okularach! Oczywiście czytanie bajki odsuwa się w czasie, bo trzeba się wystarczająco wyśmiać z żartu. Nie wiem, czy się na to umówiły, ale wyszło im paradnie. PS. A jeśli ktoś nie znał dowcipu o tym dlacze...

Gierki niepospolite

Taka scenka. Pojechaliśmy z żoną na zakupy, dzieci zostały z dziadkami. Wracamy, Helka z Dosią i babcią grzecznie siedzą przy stole i w coś grają. Pytam Dosi: - W co gracie? Na co Dośka bez chwili zastanowienia, za to z błyskiem w oku: - W ping-ponga! Oto jak wygląda gra w ping-ponga zdaniem naszej najmłodszej pociechy: Okazuje się, że da się bez paletek, za to z szach-matami :)

15 lat, 5 lat, 80 dni i miesiąc później

Pora może na trochę podsumowań. Bo już widzę tłum naszych czytelników niecierpliwie gryzących paznokcie w wyczekiwaniu na jakieś wiadomości z futraczego obozu. Wybaczcie milczenie, ale jak się nie ma czasami czasu wypić porządnie kawy z żoną, to czas na pisanie bloga tym bardziej idzie w odstawkę. Dokładnie dwa dni temu mieliśmy rocznicę i miesięcznicę w jednym. Rocznica była piętnasta i upamiętniała kamień milowy w naszym życiu, jakim był pierwszy napisany przeze mnie list do mojej przyszłej żony. List był wirtualny, żona nawet nie rozważała wtedy, że będzie żoną, a tym bardziej moją, a ja nie podejrzewałem, że te kilka zdań (podobno bardzo dużo i bardzo długie były) zaważy tak bardzo na życiu nie tylko moim, ale i wszystkich moich bliskich, a tym bardziej nie podejrzewałem tego, że owocami tego listu będą zupełnie nowe życia, w postaci naszych dzieci. I tu dochodzimy do drugiej rocznicy. 5 lat temu jeden z tych owoców ujrzał światło dzienne. Chociaż może nie do końca ujrzał, bo...

Krowy nie latają

Helka i Dosia bawią się "torem" i zwierzętami. Planują jakieś podróże i wycieczki, ustawiają samochody w konwój, ładują do nich zwierzęta itp. Nagle Helka wypala do Dosi: - Teraz jedziemy do Polski, ale Ty nie możesz z nami jechać. - Dlaczego? - pyta się z żalem siostra. - Bo krowy nie mogą latać samolotami! I teraz zastanawiam się czy nie pokazać im tego odcinka Monty Pythona z latającymi owcami. W sumie prawie w klimacie.

Nocne opowieści

Wczoraj wypadła moja kolej uspiania maluchów naszych. Iwka pojechała pięknie śpiewać w chórze, więc mnie przypadł w udziale zaszczyt położenia Helki i Dosi do ich przytulnych łóżek. Mało brakowało a one uśpiłyby mnie, bo dziś zupełnie niespodziewanie to nasze dziewczynki opowiedziały mi bajkę na dobranoc. A najpierw stwierdziły, że moja wersja "Trzech świnek" im jakoś zgrzyta, więc lepiej będzie jak opowiedzą mi własną.  Oczywiście tego jak ta ich wersja brzmiała nie da się powtórzyć. Ale może spróbuję. Choćby oddać lekko klimat.  Trzy świnki poszły sobie do lasu i tam zrobiły domki. Jedna, to była mała świnka, taki mały brat, zrobiła domek ze "straw" [tu następuje korekta taty, który podpowiada, że z "trawy"] i tam miała tylko krzesełko. Taka druga świnka, też mały brat, poszła do lasu i zrobiła dom z patyka [tata w tej chwili mało nie paryska śmiechem wyobrażając sobie dom wystrugany z patyka]. I takie patyki były małe i nie były duże.  I potem te świnki...

Scenka wieczorna

Lubię usypiać nasze małe dzieci. Zresztą moja mała żonka, zwana małżonką, też lubi. Dlatego zwykle robimy to na zmianę. I akurat wczoraj padło na mnie. Zatem wieczorny rytuał, czyli mycie, czytanie książeczki, opowieść o tym jak byłem mały (koniecznie i bezwzględnie), a na koniec kołysanka (dziwię się, że wytrzymują mój absolutny brak słuchu i głosu). Przeważnie dwie ostatnie pozycje wykonuję w pozycji horyzontalnej pomiędzy łóżeczkami Dosi i Helki. I przeważnie przy tej okazji każda z nich ma tysiące spraw do obgadania, zapytania czy opowiedzenia. Akurat dokładnie o godzinie 20.03. Typowe. Wczoraj leżałem sobie między łóżeczkami, dziewczyny już w stanie lekko przysypiającym, generalnie cisza i spokój, słychać jedynie moje zawodzenie: "Aaaa.... kotki dwaaaaa...." Nagle Dośka wychyla się z łóżeczka, patrzy na moją koszulkę i pyta: - Co to jest napisane? - Na koszulce? Gruba Ryba. (akurat miałem na sobie koszulkę dawnej restauracji szwagra, obecnie zwanej La Grappa, polec...

Kulturka

Jako niezwykle kulturalni ludzie postanowiliśmy skorzystać z szerokiej oferty dzisiejszej Culture Night (coś w rodzaju polskiej Nocy Muzeów, tylko że raczej wieczorową porą i o zdecydowanie większym zasięgu niż tylko muzea). Jednak nie chcąc być zbyt upierdliwymi zwiedzającymi (w końcu kultura obowiązuje) postanowiliśmy udać się w jedno tylko miejsce. Miało ono zdecydowane dwie zalety. Po pierwsze, gospodynią była nasza osobista mama i żona, czyli Iwa we własnej osobie. Po drugie, wobec ogromu oferty w całym mieście byliśmy w zasadzie jedynymi gośćmi. W ten właśnie sposób spędziliśmy kilka miłych chwil w Little Red Kettle przymierzając kostiumy, zakładając maski i inne ciekawe rzeczy, bawiąc się rekwizytami oraz racząc się ciasteczkami. Skutkiem zabaw i przebieranek było parę zdjęć, z których tylko niektóre nadają się do publikacji w internecie. Pozostałymi będę mógł szantażować dzieci, kiedy będą już dorosłe i będą chciały uchodzić za poważne. Ale nie trzymam dłużej w niepewności ...

Scenki dwie

Dziś tak na szybko dwie scenki z życia maluchów. Scenka pierwsza. Dziewczyny idą spać. I gadają o tym jak dzień wcześniej nocowaly u koleżanki. Nie było to calkowicie bezbolesne nocowanie, bo dialog wyglądał tak: Helka: Ja płakałam. Dosia: Ja też Helka (po małej chwili zastanowienia): Przybij piątkę. Trudno było nie parsknac śmiechem. Scenka druga. Pora poobiednia, siadamy na herbatę, kawę, wodę z sokiem, czy co tam kto lubi. Dosia tradycyjnie pakuje się tacie na kolana. I zupełnie nie tradycyjnie bierze do ręki stojący przy fotelu krucyfiks. Rzuca na niego okiem, w którym dostrzec można przebiegły błysk. I jakby nigdy nic zaczyna śpiewać: "If you're happy and you know clap your hands... No, clap your hands!" Tata w tej chwili parska śmiechem, tym bardziej perlistym, bo Jezus na krucyfiks wygląda właśnie tak: Przebiegłego błysku w oku Dosi nie udało się uchwycić. Ze śmiechu nie byłbym w stanie utrzymać komórki w ręku. To tyle na dziś. Dziękuję za uwagę ...

Wyjątkowe selfie

Jakiś czas temu, wcale nie tak znów długi, zdarzyło mi się zabrać dwa maluchy nasze (które wcale nie są już takie małe) do stolicy pięknego irlandzkieggo kraju i pokazać kilka żywych zwierząt (oraz parę nie do końca żywych). Pogoda sprzyjała, zwierzęta były całkiem chętne do pokazywania siebie, a obie dziewczynki zachwycone i flamingami i pingwinami i resztą garmażerii, czy menażerii. Jak się okazało najśmieszniejsze imię w całym ZOO ma zwierzak zwany Bongo. Dziewczyny śmiały się z 15 minut. A potem jeszcze czasami sobie przypominały i zaśmiewały się znowu. Przynajmniej do chwili kiedy nie padły w samochodzie w drodze powrotnej. A mniej więcej w połowie zwiedzania ZOO udało mi się zrobić wyjątkowe selfie z Helką i Dosią. Niniejszym prezentuję je poniżej. Proszę nie regulować odbiorników. Na szczęście żadna z nich nie jest ani trochę podobna do taty :)

W skrócie...

Tak na szybko garść informacji co tam u nas słychać. Wcale nie najważniejszych, raczej tych udokumentowanych na obrazkach powszechnie zwanych zdjęciami. No to zaczynamy. Dwie najmłodsze pociechy lubią karteczki i kredeczki. A z połączenia robią takie obrazeczki: I w zbliżeniu: Na obrazku możemy zauważyć Helkę i Dosię idące na spacer ze świnką. Za nimi idzie mama i tata oraz kolega Kamil. A nad nimi lata helikopter (chociaż Dosia twierdziła kiedyś, że to wcale nie Heli kopter, tylko Dosi kopter). Poza tym świeci słońce i płyną po niebie chmurki. Sielanka. Pociecha nieco starsza dostała ostatnio wyczekany mundur harcerski. W wyczekanym mundurze harcerskim prezentuje się tak: Zacnie, nieprawdaż? I może teraz dumna i blada chodzić na zbiórki, jeździć na obozy, biwaki i inne takie i owakie. Rozpocząl się sezon na zdjęcia na armacie, czyli robi się na tyle ciepło i popołudniowo jasno, że wyprawa do parku po obiedzie będzie coraz częściej normą niż wypadkiem przy pracy. A d...

Skąd ona to wie?

Oto jak Dosia, nasza najmłodsza z Futraków, widzi swojego starego tatę: Ciekawe, nie? A najciekawsze to skąd ona wzięła tego irokeza na głowie. Przecież nie widziała mnie nigdy z takim. Ani nie wie, że tatuś jej kochany lubi punka. Ona przecież nawet nie wie co to jest "punk",założę się że nie odróżnia kawałka punkowego od hardcorowego, i to mimo starań taty. Więc skąd ten irokez? A może to wcale nie irokez? Może to coś innego, o czym ona wie a ja nie? A tak przy okazji... Rysunek taty z irokez (lub czymś innym na głowie) powstał w Glencomeragh, takim dobrym miejscu, o którym już kiedyś pisałem. Miejscu, do którego lubimy jeździć i wygląda na to, że nasze lubienie podziela coraz więcej rodzin, bo za każdym razem gdy tam jesteśmy widzimy nowe twarze, a główna sala zaczyna przestawać mieścić wszystkich na wspólnym lunchu. Czyli jest dobrze.

Stukanie

Otóż taka jest sytuacja, że na początku grudnia stuka nam kilka rocznic istotnych. Jakoś tak się złożyło, że najpierw 3 dnia miesiąca bieżącego stukneło pannie Dorocie 3 lata życia wesołego. Dzień później nam najstarszej połowie rodziny stukneło 11 lat od zamieszkania pod dachem, pod którym nadal mieszkamy (młodsza połowa Futraków mieszka oczywiście krócej, bo i życie ich krótsze jest nieco, na przykład panny Doroty - zaledwie trzyletnie - ale o tym już chyba było). 5 grudnia mieliśmy przerwę w świętowaniu, mogliśmy wyleczyć kaca i chwilę odpocząć od szampańskiej zabawy, ale tylko po to, żeby już grudnia 6 świętować stuknięcie kolejne - tym razem wydarzenia, od którego wszystko się zaczęło. To właśnie 6 grudnia, mając dość trochę obrabiania zdjęć dzieci z przedszkola na Kabatach, napisałem list (jak się okazało za długi, chociaż wyszło na to, że w sam raz) do niejakiej Iwki, której wtedy nawet wirtualnie nie znałem. A potem już poszło, kawa, kino, jedna impreza, druga impreza, ślub...

Maluchy wiedzą lepiej

Maluchy bawią się w dom (chyba, bo to nigdy do końca nie wiadomo). Helka: "Idę spać" i kładzie się na podłodze pod kocyk. Dwie do trzech sekund potem Dosia woła: "Elka! Stawaj! Stawaj!" Helka otwiera oko i cicho poucza siostrę: "Nie wstawaj. Wake up." Dosia zatem: "Ejk ap, ejk ap!" I to by było na tyle naszej zasady mówienia po polsku w domu. Maluchy i tak wiedzą lepiej. A przy okazji... Od dziś do niedzieli mamy 100% uwagi Dośki i Helki, starszaki wybyły nam na harcerskie wojaże (konkretnie Franek na wędrowniczy złaz, a Zuzka na zuchowy biwak), więc czas spedzam raczej na podłodze, ewentualnie na słuchaniu piosenek dla dzieci i na "tany, tany". Nie, wcale nie narzekam. Wręcz przeciwnie.

Kawa!

Miejsce akcji: salon. Czas akcji: dziś, ok. 10.00 Dosia układa do snu lalkę i królika. - Lala pi. Ciii. Ulik pi. Ciiii. Po chwili obok przykrytych lalki i królika każe się położyć na podłodze tacie. - Tata pi. I przykrywa tatę malutką kołderką zasłaniającą jakieś 5% jego pokaźnego ciała. Kiedy już wszyscy są ułożeni do snu Dosia sama kładzie się na kanapie i zamyka oczy. - Ja pi. Mija 5-6 sekund. Dosia otwiera oczy i krzyczy: - Ama ama, płatki. Ulik! Lala! Podbiega do lalki i królika, podaję im kubek i udaje, że je karmi (prawdopodobnie właśnie płatkami). Tata czuje się nieco zaniedbany i pyta nieśmiało: - Tata też ama płatki? Dosia patrzy i myśli przez chwilę, po czym z pełną powagą stwierdza: - Nie. Tata kawa. Koniec akcji. I tylko zastanawia mnie jed...

Puk! Puk!

Kto tam? To ja, drugi rok Dosi. Tak, tak, panna Dorota skończyła dwa lata. Zleciało, nie? Z tej okazji było rodzinne śniadanie, tort, świeczki, prezenty i zadziwiona, ale uśmiechnięta jubilatka. Niby taka mała, a już taka duża. Aż czasami mnie zaskakuje, jak duże te nasze dzieci już są. Jednym z prezentów był nowy domek dla lalek, który wczoraj i dziś jest rozkładany i przedstawiany na sto różnych sposobów. Domek z właścicielką na zdjęciach poniżej. A przy okazji... Dziś mamy jeszcze jedną rocznicę. Mija dokładnie 10 lat od wprowadzenia się do domu, w którym nadal mieszkamy i który dla nas i dla naszych dzieci jest domem rodzinnym. I wszystko wskazuje na to, że za rok będziemy świętować jedenasty rok pod tym adresem. Oby.

Yak!

Podobno dzieci dwujęzyczne szybciej się uczą i ogólnie mają sprawniejsze głowy. Podobno. Patrząc na Zuzkę jestem w stanie w tę teorię uwierzyć, chociaż porównanie z jednojęzycznymi dziewięciolatkami mam znikome. Jednak ja w sumie nie o tym miałem... Okazuje się że nasza niespełna dwuletnia Dosia już przejawia mocne symptomy dwujęzyczności, głównie za sprawą swojej starszej siostry, po której powtarza co łatwiejsze słowa. A jednocześnie tworzy swoje własne, często na bazie jednego lub drugiego języka. Ale jest też jedno, należące do moich ulubionych, które powstało z połączenia polskiego i angielskiego. To właśnie ono króluje dziś w tytule. "Yak!" to nic innego jak połączenie "yes" i "tak". Na przykład pytasz Dosię "Chcesz pić?" i możesz by...

Poranna porcja słodyczy

Nie zdarza się tak codzień, ale są takie dni, że maluchy wstają razem i w dobrych humorach. I nawet fakt, że wstają o 6:15 rano już tak bardzo nie przeszkadza, kiedy spojrzy się na ich uśmiechnięte mordeczki. A jeszcze jak zjedzą śniadanie i humory staną się lepsze, można normalnie je łyżkami jeść. Prawda?

Czapulek

Coś nam znów zarasta blog chwastami I bluszczem. Pora na małe pielenie. Dziś wykona ja panna Dosia ubrana w specjalistyczny strój ochronny w postaci tzw. czapulka. Czapulek jest plastikowy i idealnie pasuje do Dosi głowy (rym zamierzony). Zwykle pełni rolę miski, ale wobec tak poważnego zadania jak odchwaszczanie bloga stał się właśnie czapulkiem. Oto i on.