6 lat temu była niedziela i był to ostatni dzień wakacji dla Franka. W poniedziałek poszedł do nowej szkoły, poznał nowych kolegów i koleżanki, a my w lekkim stresie zastanawialiśmy się jak to będzie, jak sobie poradzi, jak chociażby się porozumie, bo przecież szkoła była irlandzka, a Franek prawie słowa po angielsku nie umiał. Oczywiście okazało się, że sobie poradził, po kilku godzinach wyszedł z klasy z uśmiechem i następnego dnia chciał wracać. No i do dziś nie wiemy kto przeżył większy stres, my czy on. Tak w skrócie wyglądał jeden z tych naszych "początków", kiedy 6 lat temu stawialiśmy pierwsze kroki na irlandzkiej ziemi jako imigranci. Ten właśnie dzień często mi się przypomina, kiedy teraz z tej samej klasy, w której Franek zaczynał przygodę ze szkołą w Irlandii, obieramy Zuzkę. Wtedy siedziała jeszcze w brzuchu u mamy zupełnie nieświadoma swojej przyszłości. Podobnie zresztą i my tej przyszłości byliśmy nieświadomi, nie mieliśmy pojęcia o tym co będziemy robić, gd...
Nie wszystkim tak ładnie włoski rosną... niektórym już wypadają...
OdpowiedzUsuńPozdrawiamy wszystkich - cmok cmok
witam.Bloga przeczytałam caluśkiego w tri mi ga :) Jest super!!! Ja nie wiem jak mogłam o nim nie wiedziec przez tyle chwil.Piszę swojego,też irlandzkiego,ale nie pochwalę się nim bo u mnie nuda w porównaniu do was.Macie cudowne dzieciaki,Franek piszesz mistrzowsko! Pozdrawiam.Też zasiedziała w Irlandii.
OdpowiedzUsuń