Dawno, dawno temu, kiedy po świecie chadzały dinozaury...
Nie. Trochę później.
Dawno, dawno temu, kiedy Mieszko I...
Nie. Jeszcze nieco później.
Dawno, dawno temu, kiedy na półkach w sklepach w Polsce stał tylko ocet...
Już blisko, ale jeszcze trochę później.
Dawno, dawno temu, w zamierzchłym roku 1994...
O! Dokładnie wtedy!
...wybrałem się na koncert Bad Brains w warszawskiej Stodole (dla młodszego pokolenia, lub tych spoza stolicy - Stodoła to wcale nie centralne miejsce składowania słomy do butów dla Warszawiaków, tylko centralny studencki klub, czyli imprezownia, sala koncertowa i bar w jednym).
Mimo młodego wieku nie był to wcale pierwszy koncert na jakim byłem. Był za to najlepszy (do tej pory jest w czołówce tych, które widziałem). Chłopaki z Bad Brains zrobili na mnie takie wrażenie, że postanowiłem zachować bilet z koncertu na pamiątkę. Jak postanowiłem, tak zrobiłem.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie to miało tak dalekosiężne skutki, bo skoro już zostawiłem sobie jeden bilet, to dlaczego nie miałem sobie zostawić drugiego, trzeciego i kolejnych, mimo że kolejne koncerty niekoniecznie były tak dobre jak ten Bad Brains w Stodole.
I tak przez lata odkładałem sobie te bilety do szuflady, potem do jakiegoś pudełka. Pewnie nie z każdego koncertu i pewnie z wielu, z których bym chciał zachować nie udało mi się zostawić biletu. Z różnych względów. Czasami bramkarze darli je całkowicie i nic z nich nie zostawało. Czasami gdzieś je gubiłem po drodze. Czasami po jakimś szaleńczym pogo okazywało się, że bilet wydrukowany na marnym papierku jest równie mokry, co ja i nie nadaje się do niczego. A czasami po prostu zapomniałem.
Mniej więcej tak, jak na kilka lat zapomniałem o blaszanym pudełku z biletami. Kiedy wyjeżdżałem do Irlandii zostało ono w Polsce na pastwę różnych zdarzeń losowych. Nigdy nie miałem ambicji stworzenia jakiejś niezwykłej kolekcji czy bogatego zbioru, nigdy też zbytnio nie przykładałem wagi do rzeczy materialnych, nie przywiązywałem się do nich emocjonalnie, ani nie płakałem zbytnio po ich stracie. Bilety, które udało mi się zachować lądowały w pudełku, a potem pudełko na kilka lat wylądowało w piwnicy. Po powrocie z Irlandii za sprawą mojego nieocenionego szwagra trafiło, wraz z innym rzeczami, do naszego nowego domu.
I kiedy je odkryłem i otworzyłem... zaczęły mi się różne klapki w pamięci otwierać. A to koncert taki, a to impreza taka, a to z kim tam wtedy byłem, a to co robiłem potem. W sumie ponad 80 kawałków papieru, ale ile z nimi wiąże się wspomnień. A co ciekawe z niektórymi nie mam wspomnień żadnych - powodów nie będę tutaj może zgłębiał, niech pozostaną w mrokach piwnic i klubów, w których te koncerty się odbywały.
Czego tam nie ma wśród tych 80 biletów. I Manu Chao (na którym byłem nieświadomie razem z Iwką), i Roger Waters - z tych bardziej znanych - i oczywiście Rage Against the Machine, i Kult, i Falarek, i Pudelsi, i Houk, i Ukraininas, i kilka niszowych zupełnie jak Kinsky, Sysygambis, Ścianka, czy Kobong... i jeszcze długo mógłbym tak wymieniać.
Podejrzewam, że na większości z nich - przynajmniej w pewnym okresie - byłem razem z moim kuzynem, z którym nie odpuszczaliśmy większości głośnych imprez w tamtym czasie. Jak ta cała zaraz minie pewnie kiedyś się spotkamy i będziemy wspominać niejeden koncert przeglądając stare kolorowe skrawki papieru.
Z ciekawostek... wśród biletów są też trzy bilety do kina... znaczy się na film.
Jeden na jakiś przegląd filmowy w warszawskim Kinie Muranów i dwa na pokazy filmowe ZF Skurcz. Musiały wywrzeć na mnie potężne wrażenie skoro je zachowałem. Szczególnie te dwa ostatnie.
A jaki mam ostatni zachowany bilet, zapyta ciekawy czytelnik.
Otóż bardzo ładnie się to wszystko zamyka, bo jest to bilet na koncert U2, na który pojechaliśmy z Iwką tuż przed naszym ślubem, w ramach podróży przedślubnej. Koncert duży, na stadionie, wrażenie też spore, ale był ważny z zupełnie innego powodu - byliśmy na nim z moją obecną żoną jako oficjalna para narzeczonych na kilka dosłownie dni przed naszym cywilnym ślubem, który przyćmił wszystkie koncerty jakie widziałem do tej pory (i wcale nie dlatego, że potem na imprezie niektórzy mieli nieszczęście zobaczyć mnie i usłyszeć na scenie z mikrofonem).
I nie znaczy to wcale, że potem na koncerty nie chodziłem. Owszem zdarzało się, ale priorytety się zmieniły i już nie myślałem o biletach w pudełku. Muszę tylko gdzieś wygrzebać z pudeł przywiezionych z Irlandii bilet na Dropkick Murphys z Dublina i dołożyć do mojego blaszanego biletowego pudełeczka z zamierzchłych czasów. Wtedy będzie komplet!
Nie. Trochę później.
Dawno, dawno temu, kiedy Mieszko I...
Nie. Jeszcze nieco później.
Dawno, dawno temu, kiedy na półkach w sklepach w Polsce stał tylko ocet...
Już blisko, ale jeszcze trochę później.
Dawno, dawno temu, w zamierzchłym roku 1994...
O! Dokładnie wtedy!
...wybrałem się na koncert Bad Brains w warszawskiej Stodole (dla młodszego pokolenia, lub tych spoza stolicy - Stodoła to wcale nie centralne miejsce składowania słomy do butów dla Warszawiaków, tylko centralny studencki klub, czyli imprezownia, sala koncertowa i bar w jednym).
Mimo młodego wieku nie był to wcale pierwszy koncert na jakim byłem. Był za to najlepszy (do tej pory jest w czołówce tych, które widziałem). Chłopaki z Bad Brains zrobili na mnie takie wrażenie, że postanowiłem zachować bilet z koncertu na pamiątkę. Jak postanowiłem, tak zrobiłem.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie to miało tak dalekosiężne skutki, bo skoro już zostawiłem sobie jeden bilet, to dlaczego nie miałem sobie zostawić drugiego, trzeciego i kolejnych, mimo że kolejne koncerty niekoniecznie były tak dobre jak ten Bad Brains w Stodole.
I tak przez lata odkładałem sobie te bilety do szuflady, potem do jakiegoś pudełka. Pewnie nie z każdego koncertu i pewnie z wielu, z których bym chciał zachować nie udało mi się zostawić biletu. Z różnych względów. Czasami bramkarze darli je całkowicie i nic z nich nie zostawało. Czasami gdzieś je gubiłem po drodze. Czasami po jakimś szaleńczym pogo okazywało się, że bilet wydrukowany na marnym papierku jest równie mokry, co ja i nie nadaje się do niczego. A czasami po prostu zapomniałem.

I kiedy je odkryłem i otworzyłem... zaczęły mi się różne klapki w pamięci otwierać. A to koncert taki, a to impreza taka, a to z kim tam wtedy byłem, a to co robiłem potem. W sumie ponad 80 kawałków papieru, ale ile z nimi wiąże się wspomnień. A co ciekawe z niektórymi nie mam wspomnień żadnych - powodów nie będę tutaj może zgłębiał, niech pozostaną w mrokach piwnic i klubów, w których te koncerty się odbywały.
Czego tam nie ma wśród tych 80 biletów. I Manu Chao (na którym byłem nieświadomie razem z Iwką), i Roger Waters - z tych bardziej znanych - i oczywiście Rage Against the Machine, i Kult, i Falarek, i Pudelsi, i Houk, i Ukraininas, i kilka niszowych zupełnie jak Kinsky, Sysygambis, Ścianka, czy Kobong... i jeszcze długo mógłbym tak wymieniać.
Podejrzewam, że na większości z nich - przynajmniej w pewnym okresie - byłem razem z moim kuzynem, z którym nie odpuszczaliśmy większości głośnych imprez w tamtym czasie. Jak ta cała zaraz minie pewnie kiedyś się spotkamy i będziemy wspominać niejeden koncert przeglądając stare kolorowe skrawki papieru.
Z ciekawostek... wśród biletów są też trzy bilety do kina... znaczy się na film.
Jeden na jakiś przegląd filmowy w warszawskim Kinie Muranów i dwa na pokazy filmowe ZF Skurcz. Musiały wywrzeć na mnie potężne wrażenie skoro je zachowałem. Szczególnie te dwa ostatnie.

Otóż bardzo ładnie się to wszystko zamyka, bo jest to bilet na koncert U2, na który pojechaliśmy z Iwką tuż przed naszym ślubem, w ramach podróży przedślubnej. Koncert duży, na stadionie, wrażenie też spore, ale był ważny z zupełnie innego powodu - byliśmy na nim z moją obecną żoną jako oficjalna para narzeczonych na kilka dosłownie dni przed naszym cywilnym ślubem, który przyćmił wszystkie koncerty jakie widziałem do tej pory (i wcale nie dlatego, że potem na imprezie niektórzy mieli nieszczęście zobaczyć mnie i usłyszeć na scenie z mikrofonem).
I nie znaczy to wcale, że potem na koncerty nie chodziłem. Owszem zdarzało się, ale priorytety się zmieniły i już nie myślałem o biletach w pudełku. Muszę tylko gdzieś wygrzebać z pudeł przywiezionych z Irlandii bilet na Dropkick Murphys z Dublina i dołożyć do mojego blaszanego biletowego pudełeczka z zamierzchłych czasów. Wtedy będzie komplet!
Komentarze
Prześlij komentarz