Przejdź do głównej zawartości

trzy dni w chuście

Pierwszy weekend sierpnia to tak naprawdę wcale nie "pierwszy weekend sierpnia" tylko "Weekend Spraoi", to tak naprawdę trzy szalone dni, po których bolą nogi, plecy (a niektórych i głowa), ale które wspomina się przez cały kolejny rok i na które czeka się kolejne 12 miesięcy.
Bo Spraoi to festiwal, który lubimy i polecamy. To takie trzy dni, podczas których Waterford ściąga niczym magnes nie tylko zwykłych turystów, ale też różne dziwne postacie, nie tylko artystów, ale też ludzi robiących dziwne rzeczy, a chcących uchodzić za artystów. Nie wszystko jest fajne... albo inaczej... nie wszystko nam się podoba, ale taki już urok teatrów ulicznych, że nie każdemu pasuje w nich wszystko.
W zasadzie każdy Weekend Spraoi zaczynam już jakiś tydzień wcześniej oglądając program i zastanawiając się co może być fajne, co może nam się spodobać, co sprawi, że przez cały dzień będziemy chodzili z głowami w chmurach, a z drugiej strony, co może być zaledwie namiastką zabawy nie wartą naszej uwagi. A i tak zwykle jest tak, że planowanie planowaniem, a rzeczywistość swoje i czasami wylądujemy na przedstawieniu, którego nie planowaliśmy, albo nie zobaczymy czegoś, co zobaczyć chcieliśmy. Cóż, uroki teatru pod chmurką, posiadania dzieci i przypadków losowych.
W tym roku oprócz naszej zwykłej dwójki amatorów sztuki ulicznej mieliśmy jeszcze pod opieką małą Helkę i babcię całej trójki naszych pociech. Obie zupełnie bezproblemowe, Helka zawiązana w chuście grzecznie spała przyklejona do taty, a babcia chętnie spacerowała z nami, pomogła w ogarnięciu dzieciaków i jeszcze podrygiwała wesoło przy muzyce. Znaczy, chyba się podobało.
A co widzieliśmy?
W piątek w dużej mierze "dzień kuchenny", czyli żarty kucharzy lub kelnerów, a w każdym razie związane z gastronomią. Zwykle były to jedne z najfajniejszych występów, w tym roku lekko zawiodły. I Nakupelle i Naked Lunch. Z zupełnie innych powodów. Pierwszy niby śmieszny, ale brakowało mu czegoś do porwania tłumów. Drudzy panowie oparli swój występ na rozbieraniu się do rosołu... czym przyćmili fajne momenty, chociażby "Bolero" zagrane na garnkach i patelniach, czy żartobliwy epizod z marchewką. Jednak do BackUp Theatre z ubiegłego roku było im daaaaleko.
Kucharze ze Spraoi 2012 - mistrzostwo świata

Na szczęście potem było już lepiej. Pagottic zachwycił swoimi machinami, konstrukcjami i naprawdę dobrą zabawą, a Pull Up Orchestra rozruszała całą uliczkę i jak dla mnie była najlepszym punktem piątkowego programu, na tyle najlepszym, że bez wahania kupiłem ich płytę.
Potem były jeszcze trzy panienki-akrobatki, które oglądałem z oddalenia, bo Helce nie przypadła do gustu oprawa dźwiękowa (w przeciwieństwie do Pull Up Orchestra, która mimo swojej energii skutecznie Helkę uśpiła). A na koniec tańce na ścianie, czyli Hiszpanie na szklanej tafli Waterford Crystal. Wrażenie niezłe, muzyka też OK, niestety zmęczenie materiału nie pozwoliło nam obejrzeć do końca.

Sobota zaczęła się śmiesznie od lokalnego magika Jacka Wise'a. Przekrój sztuczek spory, od znanych ze znikającymi piłkami i zegarkiem, po mniej znane z odczytywaniem niespodziewanie wyrwanych stron z książki, po brzuchomówczy numer, który rozbawił mnie do łez. I chyba nie tylko mnie, bo publika wydawała się zachwycona.
Potem jeszcze Little Big Men, czyli dwóch niepoważnych facetów przebranych za lalki i Strong Lady, czyli siłaczka z Australii popisująca się swoją tężyzną z takim wdziękiem i humorem, że aż Franek przełamał nieśmiałość (hehehe....) i zrobił sobie z niż zdjęcie, a Zuzka już do końca dnia kazała się mianować The Strong Lady i podziwiać jej niezwykłą siłę.
Strong Man i Strong Lady - para jak z żurnala
W oczekiwaniu na ciąg dalszy posililiśmy się kawą i kanapką, a Zuzka niespodziewanie zmieniła się w dalmatyńczyka.
Jeden z nielicznych psiaków, na które nie mam uczulenia
Odpoczęci, napici, najedzeni znów wysłuchaliśmy Pull Up Orchestra, znów kupiliśmy płytę (bo młodych trzeba wspierać) i tylko z niejakim niepokojem spoglądaliśmy przez ramię na zbierające się za nami ciemne chmury. Niestety chmury okazały się być szybsze niż planowane zakończenie soboty i deszcz przerwał występ Tumble Circus. Chociaż wcześniej ten sam występ przerwała niezbyt przytomna pani, która widząc aktorów udających małżeńską sprzeczkę bez oporu podeszła do artysty i przyłożywszy mu pięknym sierpowym zostawiła i jego, i jego partnerkę i całą publiczność w osłupieniu. Dopiero po sekundzie lub dwóch wszyscy zrozumieli, że ten cios nie był częścią przedstawienia, a panią i jej puszką piwa zajęli się ochroniarze. Ot, los niezrozumianego artysty.
Niestety puenty, a nawet rozwinięcia występu Tumble Circus nie było nam dane obejrzeć, bo potoki wody skłoniły nas do szybkiego odwrotu w kierunku najbliższego postoju taksówek.
Potem już był tylko szybki pad na łóżka i równie szybki sen.

A niedziela? Okazała się przedłużeniem nocnego odpoczynku. Jedynie Franek poczuł się na siłach, żeby coś obejrzeć z szerokiej niedzielnej oferty Spraoi. Reszta postanowiła zalec i zebrać siły na wieczorną paradę i fajerwerki, co okazało się strategią na tyle skuteczną, że wieczorem była i energia i chęć do wyjścia w miasto.
Parada w tym roku krążyła wokół tematów morskich, a zakończona marynarzami śpiewającymi "Don't worry, be happy" pozytywnie nastroiła tłumy widzów, które potem szybko rozstawiły się wzdłuż rzeki by obserwować jeden z najfajniejszych pokazów fajerwerków jakie widziałem. Niby takie nic, niby taka prosta rozrywka, a jednak ciągle zachwyca, szczególnie kiedy z zupełnego nienacka nad samą głową wybucha prawdziwy parasol kolorowych fajerwerków.
Dzieciaki padnięte były ale zachwycone. Zresztą podobnie jak dorośli. Jedynie Helenka jakoś nie skorzystała z bogatej oferty Spraoi, a jedynie wyspała się za wszystkie czasy przywiązana przez trzy dni chustą do taty. Ale podejrzewam, że już za rok może być jednym z naszych głównych motorków napędzających nasze festiwalowe podróże.

Zatem do zobaczenia za rok na Spraoi!

A tych, którzy wciąż nie wiedzą, co to jest to całe Spraoi, zapraszam tutaj - http://www.spraoi.com/. Poznawajcie i przybywajcie, bo warto :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popolitykujmy

Kilka dni temu jechałem ze znajomym w dłuższą drogę i była okazja do pogadania o tym i owym. Takie trochę "nocne Polaków rozmowy" tyle że rano i w samochodzie, więc bez procentów. Tematów było dużo, ale oczywiście w końcu zeszło na politykę. Bo jakże by to było tak bez polityki w polskim gronie. A skoro polityka to wiadomo... narzekanie i psioczenie na polską, pożal się Boże, klasę polityczną, która z klasą to może ma wspólną jedynie nazwę, ewentualnie konto na "Naszej Klasie". I tak w trakcie głośnego zastanawiania się nad powodami obecnego spsienia, czy mówiąc delikatniej, zepsucia sceny politycznej skrystalizowała mi się taka myśl, która od dawna chodziła mi po głowie. Padło pytanie znajomego, dlaczego w latach 20-tych wszystkie, lub niemal wszystkie ważne parti...

6 lat później...

6 lat temu była niedziela i był to ostatni dzień wakacji dla Franka. W poniedziałek poszedł do nowej szkoły, poznał nowych kolegów i koleżanki, a my w lekkim stresie zastanawialiśmy się jak to będzie, jak sobie poradzi, jak chociażby się porozumie, bo przecież szkoła była irlandzka, a Franek prawie słowa po angielsku nie umiał. Oczywiście okazało się, że sobie poradził, po kilku godzinach wyszedł z klasy z uśmiechem i następnego dnia chciał wracać. No i do dziś nie wiemy kto przeżył większy stres, my czy on. Tak w skrócie wyglądał jeden z tych naszych "początków", kiedy 6 lat temu stawialiśmy pierwsze kroki na irlandzkiej ziemi jako imigranci. Ten właśnie dzień często mi się przypomina, kiedy teraz z tej samej klasy, w której Franek zaczynał przygodę ze szkołą w Irlandii, obieramy Zuzkę. Wtedy siedziała jeszcze w brzuchu u mamy zupełnie nieświadoma swojej przyszłości. Podobnie zresztą i my tej przyszłości byliśmy nieświadomi, nie mieliśmy pojęcia o tym co będziemy robić, gd...

Nadzieja umiera ostatnia

"Kończy się tydzień, nie ma nadziei, że następny coś jeszcze zmieni..." zaśpiewał w roku 1988 słynny zespół Kult. W obecnej sytuacji wiele osób zmienia "tydzień" na "rok" i mocno pesymistycznym wzrokiem patrzy w bliższą czy dalszą przyszłość. A przecież nadzieja to jest jedyna co nam jeszcze pozostało po tym 2020 roku, który miał być taki pięknie jubileuszowy, okrągły i pełen fantastycznych wydarzeń. A okazał się jednym z tych, o których mówi "stare chińskie przekleństwo" - Obyś żył w ciekawych czasach. Niewątpliwie czas zarazy jest bardzo ciekawy. I niewątpliwie starzy Chińczycy mieli rację w ten sposób przeklinając swoich wrogów. Ostatnie 12 miesięcy (a nawet nieco mniej, zważywszy, że koronawirus dotarł do nas w okolicach wczesnej wiosny) przemodelowało w zasadzie wszystkie podstawy naszego życia i zmieniło nas na tylu poziomach, że aż trudno tutaj wszystkie te aspekty wymienić. Gospodarczo Europa prawie leży na łopatkach. Społecznie jesteśmy ...