Są takie dni, które przechodzą do historii, są i takie, kiedy wydawałoby się, że nic ciekawego się nie dzieje, a jednak zapadają w pamięć. Może nie na zawsze, ale na długo. Są takie dni, do których chce się wracać, choć wrócić da się tylko w myślach, we wspomnieniach, czasami w zdjęciach.
Jedną z takich chwil, do których często wracam jest wieczór kiedy pierwszy raz zagrałem w DiXit. Sześć osób na Łęgu, czyli rodzeństwo Gregorczyków plus mężowie i żona, gra na stole, wino w kieliszkach i zabawa na kilka dobrych godzin.

Gra ma jeszcze jedną zaletę. Tak naprawdę nie chodzi w niej o wygraną, tylko o granie. O to wymyślanie skojarzeń, o to obserwowanie, komu co się skojarzyło i dlaczego, o to zdziwienie, kiedy grając z dziećmi próbujemy iść śladami ich wyobraźni, o te chwile niezdecydowania, kiedy spośród sześciu kart wszystkie pasują i tryby skojarzeń zaczynają ostro pracować w głowie, o tę chwilę kiedy okazuje się, która karta jest tą właściwą. I tak naprawdę najmniej istotne w tej grze jest to przesuwanie króliczków po planszy (która sama w sobie zasługuje na całą garść pochwał), to "ściganie" się do mety, bo tak naprawdę to grać można w kółko, do upadłego, do chwili gdy miesza się już kto jest pierwszy, a kto ostatni.
I dobre są jeszcze partie kiedy gramy z kimś kto gra w DiXit pierwszy raz. Karty, które wydawałoby się znamy już na pamięć nabierają nowego znaczenia, a po pierwszych zachowawczych hasłach pojawiają się naprawdę nieźle zakręcone i dziwaczne.
Wczoraj też grana była partyjka DiXit, Zuzka się coraz bardziej wyrabia, coraz lepsze hasła wymyśla, coraz bardziej pokrętnymi drogami jej myśli i wyobraźnia chadzają. I o to w sumie chodzi.
A już za niecały miesiąc gra będzie chyba aż furczała, bo przylatują państwo J., z którymi od dawna obiecujemy sobie liczne partie w DiXit, plus czasami jeszcze w coś innego.
Razem z nimi wróci do nas synek nasz, już nie taki mały. Na razie jeszcze byczy się na wakacjach, zwiedza Polskę, spotyka tych i tamtych i czasami zdaje relację przez Skype'a, ale mam wrażenie, że już chciałbym nam opowiedzieć o wszystkim osobiście, przy poobiedniej herbacie, albo właśnie przy jakiejś grze.
Spostrzegawczy czytelnicy pewnie zauważyli jakie fajne kolory królików wczoraj wybraliśmy, ci mniej spostrzegawczy niech się przyjrzą. A dla wszystkich mamy pytanie konkursowe: Który królik był czyj?
Na odpowiedzi czekamy w komentarzach. A nagrodę jeszcze wymyślimy jakąś fajną.
gra jest super bardzo mi sie podoba :) A krolik rozowy był Zuzi , zółty Iwy a Twój zielony :)
OdpowiedzUsuń