poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Anna

Do dziś, przez ostatnie trzy tygodnie mieliśmy dodatkową córeczkę w postaci Ani, wnuczki siostry Iwki mamy (Dość zagmatwałem kim jest Anna? Nie? Następnym razem postaram się bardziej). Przyleciała do nas na wakacje, zwiedziła skrawek Irlandii i poleciała. Dlaczego tylko skrawek jej pokazaliśmy? Ano bo więcej się nie dało mając do dyspozycji niewiele czasu i będąc ograniczonym czasem oddania i odebrania maluchów do i z przedszkola. Ale Ania I tak mówiła, że się jej podoba. A że jest grzeczną dziewczynką, raczej nie podejrzewam, by kłamała tak w żywe oczy.
Jeździliśmy nad morze zobaczyć skały i fale. Bywaliśmy w zamkach (a konkretnie w jednym), zwiedziliśmy ruiny w mniejszym lub większym stanie rozkładu. A poza tym pokazaliśmy Ani dumę i chlubę Waterford, czyli festiwal Spraoi (chyba zdecydowanie nasz ulubiony ze wszystkich festiwali w mieście). Nie było nudy, tym bardziej, że pogoda starała się dopisywać. A jak nie dopisała, to w domowych pieleszach też coś się znalazło do roboty, a to odkurzanie, a to mycie podłóg, a to układanie książek, czy zamiatanie okruszków spod stołu. Nudy nie było.
Ostatnim akcentem wakacji Ani był wypad na drugą stronę rzeki Suir, do Duncannon (mocno wiało) i na Hook Head (bardzo mocno wiało). Zresztą popatrzcie sami.







A ewentualnie gdyby ktoś chciał wybrać się w takie miejsca w naszym niekrępującym towarzystwie, zapraszamy serdecznie.

środa, 16 sierpnia 2017

Wysoka zmienność

Jeszcze nie tak dawno temu, dokładnie wczoraj, smażyliśmy się na plaży, a dziś można co najwyżej rozpalić kominek i zawinąć się w ciepły koc z równie ciepłą herbatą w jednym, a książką w drugim ręku.
No dobra, z tym smażeniem to mała przesada była. Wczoraj faktycznie byliśmy na plaży, dzieci nawet zamoczyły nogi, można było poleżeć i pocieszyć się aurą. Jak się dziś okazuje, mogła to być ostatnia szansa na letnie słońce, bo dziś od rana leje, pada i siąpi na zmianę. Do tego jeszcze trochę wieje, czyli generalnie jest uroczo. Uroczo dla kaczek, jak to mówią tubylcy.
Ale po co ja tu właściwie rozważam te pogodowe zagadnienia? W zasadzie to tylko po to, żeby mieć pretekst do wrzucenia zdjęcia z wczoraj. Z tego wczoraj, kiedy jeszcze słońce grzało i nie było strach wyjść na dwór.
A oto i zdjęcie.


I to by było na tyle dziś. Dziękuję za uwagę :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Dzyń, Dzyń

Jadę sobie do kolegi na weekend, przede mną jeszcze ze dwie godziny w autobusie, więc dlaczego by nie napisać paru słów. No dlaczegóż by nie, prawda?
Nie tak dawno jak wczoraj, kiedy żona moja szanowna ciężko pracowała w teatrze przymierzając peruki (kto ma Facebooka, może skutki podziwiać tamże), ja zabrałem dzieci do parku, na plac zabaw konkretnie.
I na tym placu zabaw doszło do akcji właściwej.

Dośka wspina się na zjeżdżalnię. Właściwie to grzecznie wchodzi po schodkach, ale "wspina się" brzmi dramatyczniej. Nagle w oddali odzywają się dzwony kościoła St. John's. Dośka zatrzymuje się w połowie wspinaczki, rozgląda się i pyta:
- Tato, co to?
- Ale co? To dzyń, dzyń?
- Tak. Co to jest? Dzyndzyn?
- To dzwon w kościele. Tam gdzie chodzimy na mszę.
- W kościele? Emil? (dla niezorientowanych - ks. Emil to polski ksiądz w Waterford)
- Tak, w kościele, tam gdzie ksiądz Emil.
- Oooo! Idziemy? Teraz?
- Nie, dziś nie idziemy do kościoła.
Tutaj Dosia wywija usta w podkówkę i mówi:
- Uuuu.... A ja lubię.
I tak skończywszy konwersację kontynuuje wspinaczkę na zjeżdżalnię.

Kiedy wieczorem przy piwie w pubie powtórzyłem rozmowę tę żonie, ona tylko stwierdziła: "Kochana. Może zakonnicą zostanie."
Któż to wie. Może.

A tymczasem wracam do książki i podróży do kolegi. Bo przecież podróże kształcą.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Historia jednego zdjęcia

Siedzi sobie człowiek spokojnie po obiedzie, czyta książkę, relaks w pełni, gdy nagle z góry zbiega zaoferowana córka i z podniecenia niemal tracąc oddech woła:
"Tato, tato....! Zdjęcie....! Szybko! Dosia! Pokój twój... Tam, na górze! Szybko! Zdjęcie!"
No więc co człowiek ma robić? Wyciąga telefon, upewnia się, że starsza siostra jest na górze, i daje córce komórkę przykazując, żeby zrobiła ładne zdjęcie i pokazała tacie.
Córka szybko łapie telefon, biegnie na górę i krzyczy:
" Zuja, Zuja! Mam telefon! Będzie zdjęcie!"

Po 15 minutach odbieram telefon i znajduje na nim takie oto zdjęcie.


Koniec historii.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Rozmówki znowu

Dziś przedszkole zamknięte, więc siedzę z maluchami w domu, a raczej głównie w ogrodzie. A przy okazji lunchu taka rozmowa się wywiązała.
- Dobra zupa. I machewka.
- Lubisz marchewkę?
- Taaak!
- A wiesz kto jeszcze lubi marchewkę?
Chwila namysłu...
- Królik! Królik lubi machewka!
- Ja też lubię marchewkę. To może ja jestem taki duży królik, a ty - taki mały?
- Ja jestem duża! Mam 4 lata. Dosia mała.
- A ja mam 42 lata.
- Dwa lata? Jak Dosia?
- Nie. 10, 20, 30, 40 i jeszcze dwa.
- Dwa? A Dosia ma dwa and pół. Ty mały?

środa, 12 lipca 2017

Rozmówki

Dziewczynki bawią się rano lalkami i domkiem. I takie dialogi słychać.

- Ding! Dong!
- Ty nie come in.
- Proszę, jestem Santa.
- OK, come in.

Po chwili.

- Ja już idzie domu.
- Anna staje?
- Tak.
- Masz tickets?
- Nie.
- Tu masz. Dwa, trzy, cztery tickets.
- Ja idę domu.

piątek, 7 lipca 2017

Młodziaki

Starszaki wyjechały na wakacje do dziadków, cioć, wujków, więc my niczym młode małżeństwo z małymi dziećmi spędzamy czas na relaksie. Na przykład nad morzem, w naszej ulubionej
kawiarni Moe's. Przygrywa nam Ed Sheeran, dzieci jedzą muffiny, my małą kolację. Jest uroczo, tym bardziej że pogoda nas całkiem rozpieszcza. Dobrze nam tak.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Rodzinnie (aczkolwiek nie do końca)

Franek gdzieś tam w górach Wicklow wędruje po lasach i polach zbierając wędrownicze pagony, a tymczasem jego rodzice i młodsze siostry wybrali się do Glencomeragh House w celu spędzenia wyjątkowo rodzinnej niedzieli. Brakowało nam Franka, ale nie brakowało towarzystwa ani rozrywek.
Bo oprócz naszej rodziny w tym samym miejscu i czasie pojawiło się jeszcze 9 czy 10 innych rodzin (niektóre bardziej dzietne od naszej). Część z nich znaliśmy wcześniej, części w ogóle, ale atmosfera była przyjazna ze wszech miar. Bo w końcu Glencomeragh House to ośrodek rekolekcyjny naszej miejscowej diecezji Waterford i Lismore, a dzisiejszą okazją do jego odwiedzenia było drugie Spotkanie Rodzin Katolickich.
Była msza, kawa/herbata, gry i zabawy w podgrupach (wiekowych), rozmowy i lunch, jeszcze więcej gier i zabaw oraz spacery po terenie, gdzie spotkaliśmy i papugi, i indyki, i pawie, i inne ptactwo, którego z braku miejsca i znajomości nazw nie wymienię.
Dzieci bawiły się przednio, rodzicom też niczego nie brakowało, tym bardziej że pogoda postanowiła sprostać wymaganiom i zamiast spodziewanych ulew uraczyła nas całkiem przyzwoitymi chmurami zza których czasami nawet wyglądało słońce.

Swoją drogą zasoby energii naszych najmłodszych dziewczyn są chyba niespożyte. Po przespaniu małej godziny w drodze powrotnej, spędziły kolejną godzinę bawiąc się na górze i jeszcze jedną skacząc na trampolinie. Oby był to dobry znak przed wieczorem, który mamy zamiar spędzić z żoną niemal równie miło jak cały dzień... chociaż już tylko we dwoje. Ale o tym sza ;)

A żeby nie być gołosłownym, bo gołe słowa to taka trochę nieprzyzwoitość, a tutaj dzieci też mogą zaglądać, okraszę dzisiejszy wpis paroma zdjęciami. Patrzcie i cieszcie oczy.

niedziela, 19 marca 2017

Hopla hopla

Działa! Od dziś! Dzięki wujkowi i cioci! I dzięki uporowi żony oraz moim zdolnościom manualnym.
Mamy w ogrodzie urządzenie do skakania dające dzieciom furę frajdy plus nieco spokoju rodzicom.
Mówiąc krótko - dorobiliśmy się trampoliny.
Zajęła miejsce ulubionego foliaka Iwki, który ostatnio popadł w niełaskę i zaczął się lekko sypać. A jak się okazało przy rozbiórce, mógł wkrótce stać się poważnym zagrożeniem dla zdrowia osób przebywających w jego pobliżu. No dobra, z tym zagrożeniem to przesada, ale jeszcze sezon, może dwa foliak sam by się rozpadł. Zatem uprzedziliśmy fakty i rozpadliśmy go sami.
A jego miejsce z dumą zajęła trampolina. Ku fascynacji i uciesze naszej małej gromadki. I także ku uciesze rodziców, bo zmęczone maluchy zasnęły wyraźnie szybciej niż zwykle. Na tyle wyraźnie, że teraz tata może spokojnie usiąść w fotelu i napisać parę słów.
Posumowując - trampoliny polecamy.

piątek, 17 marca 2017

Maluchy wiedzą lepiej

Maluchy bawią się w dom (chyba, bo to nigdy do końca nie wiadomo).
Helka: "Idę spać" i kładzie się na podłodze pod kocyk.
Dwie do trzech sekund potem Dosia woła: "Elka! Stawaj! Stawaj!"
Helka otwiera oko i cicho poucza siostrę: "Nie wstawaj. Wake up."
Dosia zatem: "Ejk ap, ejk ap!"

I to by było na tyle naszej zasady mówienia po polsku w domu. Maluchy i tak wiedzą lepiej.

A przy okazji... Od dziś do niedzieli mamy 100% uwagi Dośki i Helki, starszaki wybyły nam na harcerskie wojaże (konkretnie Franek na wędrowniczy złaz, a Zuzka na zuchowy biwak), więc czas spedzam raczej na podłodze, ewentualnie na słuchaniu piosenek dla dzieci i na "tany, tany". Nie, wcale nie narzekam. Wręcz przeciwnie.

sobota, 11 lutego 2017

(Nie)Pierwszy dzwonek

Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, nasza mała Helenka od września przywdzieje mundurek i pójdzie do szkoły. Tak, tak. Do Szkoły! Do szkoły przez duże SZK!
Wprawdzie zacznie od Junior Infants, czyli takiej tutejszej młodszej zerówki, ale zawsze będzie to już szkoła. Taka z plecakiem, lunchem w pudełku i nawet jakąś książką pewnie, albo i dwiema.

Wciąż nie możemy wyjść z osłupienia po tym jak dostaliśmy list oferujący nam miejsce w szkole dla Helki. Osłupienie było na tyle wielkie, że w stanie ciężkiego szoku odesłaliśmy potwierdzenie zgadzając się na wysłanie naszej małej córki w szkolny kierat. I teraz już nie ma odwrotu, od września Helka idzie do zerówki.

I chyba wyczuwa, że coś jest na rzeczy, bo dziś pierwszy raz sama podpisała obrazek. O właśnie tak jak na zdjęciu.

wtorek, 7 lutego 2017

Kawa!

Miejsce akcji: salon.
Czas akcji: dziś, ok. 10.00

Dosia układa do snu lalkę i królika.
- Lala pi. Ciii. Ulik pi. Ciiii.
Po chwili obok przykrytych lalki i królika każe się położyć na podłodze tacie.
- Tata pi.
I przykrywa tatę malutką kołderką zasłaniającą jakieś 5% jego pokaźnego ciała.
Kiedy już wszyscy są ułożeni do snu Dosia sama kładzie się na kanapie i zamyka oczy.
- Ja pi.

Mija 5-6 sekund.

Dosia otwiera oczy i krzyczy:
- Ama ama, płatki. Ulik! Lala!
Podbiega do lalki i królika, podaję im kubek i udaje, że je karmi (prawdopodobnie właśnie płatkami).
Tata czuje się nieco zaniedbany i pyta nieśmiało:
- Tata też ama płatki?
Dosia patrzy i myśli przez chwilę, po czym z pełną powagą stwierdza:
- Nie. Tata kawa.

Koniec akcji.

I tylko zastanawia mnie jedno. Skąd ona wiedziała, że rano tata pija kawę, skoro widzi mnie pijącego kawę tylko w weekendy i to wcale nie rano, a koło południa. A przecież o porannej kawie w pracy nie może wiedzieć.
Nic tylko jakaś wybitna inteligencja.
A skoro urodę ma po mamie, to wiadomo po kim inteligencję.
Co było do udowodnienia :)

piątek, 6 stycznia 2017

Mędrcy świata...


...monarchowie, gdzie spiesznie dażycie?
Powiedzcież nam trzej królowie:
- Chcecie widzieć Dziecię???

* * *

Już kończy się ten piękny Bożo-urodzinowy czas. Choć choinka nadal pięknie miga. Pożegnaliśmy gości. Dziś żegnamy się z ostatnim od-szkolnym dniem. Zostało trochę wspomnień :


Sylwester, czyli księżniczka z Bangladeszu i księciunio ze Służewia.


Winterval'2016, Piernikowa Baba i Piernikowy Dziedzic (ostatnio) Nie-Ponury.


Cyk-pyk fotka w Ambasadzie gdzie zaproszono, w tym i nas na "Wigilię". Cudzysłów dlatego, że nie było ani opłatka, ani kolęd, ksiądz mówił o Allahu, bigos był mięsny, i podawano alkohol.
Była choinka i ciasto z makiem.


Anioł nr 3 na szkolnych Jasełkach w Polskiej Szkole. Zdolności aktorskie szlifowane od sześciu lat, niestety nasz Anioł nr 3 wypowiedział jedno zdanie. Czekamy na bogatsze role już pewnie po angielsku w Akademii Theatre Box.


Srebrzysta choinka w fabryce srebra w Newbridge.


Wyjście,spacer, obiad, karuzela.
Ciepły i miły dzień drugi Świąt.


Tradycyjne skręty sushi.