wtorek, 26 lipca 2016

Konsekwencje

Kto by się spodziewał, można by rzec niemal na każdym kroku, bo przecież różne zdarzenia mają różne konsekwencje, najczęściej takie najmniej spodziewane.
Na przykład, kto by się spodziewał, że zgubiona (a w sumie nie) karta zwiększa poziom czytelnictwa.
Ale po kolei.

Jakiś czas temu moja żona szanowna zgubiła naszą kartę bankową. Z pewnych powodów fakt ten odkryliśmy jakoś w środku nocy, więc obudziliśmy przemiłą panią z telefonicznego centrum obsługi klienta i zablokowaliśmy kartę, aby żaden znalazca nie mógł jej użyć. Niestety wiązało się to z oczekiwaniem na nową kartę, a potem ze zmianami w różnych serwisach gdzie stara karta była "podczepiona". Zmiany trwały trochę czasu, bo przecież człowiek w tym wieku nie jest w stanie zapamiętać wszystkich tych miejsc gdzie karty używa.

O kilku pewnie zapomniałem. I okazało się, że wyszło na dobre.

Po niecałym miesiącu przypomniał o sobie sklep internetowy, w którym dawno temu wykupiłem prenumeratę swojego ulubionego tygodnika (tytuł pominę, bo tygodnik z tych politycznych, więc jeszcze połowa czytelników by się obraziła). Sklep przypomniał, że warto by zapłacić za kolejny miesiąc prenumeraty, szczególnie jeśli chciałbym nadal tygodnik sobie czytać.

Wahanie trwało zaledwie trzy i pół sekundy. Numeru nowej karty nie podałem, tygodnik przestał przychodzić na Kindla, ja przestałem czytać o polityce w Polsce, a zacząłem czytać książki.

Nie to żebym wcześniej nie czytał. Oczywiście, że czytałem, ale wyraźnie mniej. A tu nagle okazało się, że znalazłem czas żeby i "Dziennik" Tyrmanda i jeszcze jakieś cztadło fantasy przeczytać. I to w jednym miesiącu.

Właśnie skończyłem dziesiątą w tym roku książkę. I wiem, że to żadne osiągnięcie, ale do tej pory więcej niż 12 rocznie nie udało się połknąć. A przecież do końca roku jeszcze ponad 4 miesiące.

Wypada mi podziękować żonie za zagubienie karty. I mimo wszystko jednocześnie poprosić, żeby więcej tego nie robiła.

niedziela, 24 lipca 2016

Nogi bolą

Nogi bolą. Wszystkich.
Konkretnie to bolały wczoraj, ale zabrakło mi też sił w palcach, żeby o tym napisać.
Z koleżanką Małgorzatą, która nawiedziła nasze skromne progi, nawiedziliśmy Kilkenny. Najpierw pobliski bazar, a potem samo miasto. Było trochę łażenia po parku, trochę biegania za dziećmi po placu zabaw, trochę oglądania miasta, jakiś lunch w baaaardzo fajnym pubie i dużo zdjęć. Moje ulubione poniżej. Reszta w linku.
Do zobaczenia. 

środa, 20 lipca 2016

Zielono mi

Znaczy nie bezpośrednio mi, tylko Dośce, która uwielbia na boska spacerować po trawie. A że trawy na Zielonej Wyspie sporo, więc ma równie spore pole do popisu. Poniżej przykład bosego biegania po trawie, akurat z ostatniego weekendu, z festynu w Mount Congreve. Generalnie tak się jej spodobało, że nie chciała tego kawałka trawy zostawić i kręciła się po nim w kółka uciekając tacie we wszystkie strony. W końcu trzeba było ją ręcznie ewakuować i przenieść w inne miejsce, które okazało się równie dobre do deptania bosymi stopkami.

A tak na marginesie, od dziś mamy w domu przedszkole, bo w odwiedziny wpadły koleżanki (plus kolega) Zuzki i zostają do jutra. Będzie wesoło :)

niedziela, 17 lipca 2016

Taaaaaaki dzień!

Będzie na szybko, ale muszę się pochwalić. Byliśmy na festynie w Mount Congreve, takim ogromnym parku nieopodal Waterford. I to byliśmy cały dzień.
Skakaliśmy na dmuchanych zamkach (i innych budynkach użyteczności publicznej).
Szukaliśmy ukrytych "skarbów".
Leżeliśmy wyczerpani na trawie.
Ganialiśmy dzieci po różnych zakamarkach.
Rzucaliśmy piłkami.
Piliśmy kawę, bo inaczej nie dalibyśmy rady. Dzieci piły wodę i inne bezpieczne napoje.
Były jedzone lody i inne przekąski piknikowe.
I mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, ale sił brakuje, bo na koniec zaganialiśmy jeszcze stado dzieci w kierunku samochodów, żeby je opłukać i położyć spać, bo wymęczone niemiłosiernie.

Było wspaniale. Po prostu.

Relacja jakaś zdjeciowa pewnie jutro, bo dziś mam ochotę jedynie usiąść, albo się położyć z czymś zimnym w szklance i delektować się wieczorem.

Dziękuję za uwagę.