wtorek, 24 lutego 2015

Ku przygodzie!

A wiecie, że w niedzielę byliśmy na wycieczce? Jak nie wiedzieliście, to teraz już wiecie.
A wiecie gdzie? W Reptile Zoo, czyli gadziarni. Obejrzeliśmy co nieco gadów, pajeczaków i innych stworów.
I warto było.

Jakby ktoś chciał naszymi śladami podążyć to musi się na Gowran kierować, a jak już tam dotrze, nie będzie miał kłopotu ze znalezieniem gadziarni. Wioska jest mała, a gadziarnia jedna.

A na zachętę kilka zdjęć.

niedziela, 22 lutego 2015

kolejny ranek niedzielny ...i cd

dlaczego tak jest? W tygodniu do szkół i przedszkoli te dzieci trzeba budzić i budzić. A za to w wolne dni wstają o jakiejś chorej wczesnej godzinie świergocąc słodko nieprzytomnym rodzicom. Mrugają oczkami szeroko otwartymi a rodzic ze zgrozą odkrywa, że jeszcze świt nie nastał. Zagaduja gurzą gaworzą i napinają do pionu i zabawy a rodzice łapią wcale nie lekką osaczkę i szukają ratunku u nas wszystkich świętych by sen jeszcze malca otulil ... wszak to dzień jedyny ku odpocznieniu ducha i ciała dany.

Cóż, wyladowałam na innym poziomie domu, malca buja huśtawka, plus ciepelko i wesoło strzelający ogienek z kominka.
Oby reszta wstała wyspana...
A ja może zanurze się jeszcze w sen mój a śniło mi się że mąż mój własny kochany woził mnie łodzią wiosłową po jakiejś ala'Wenecji. 

Dobranoc w każdym razie. 
Oby te dwie godzinki snu jeszcze złapać...
miłej niedzieli 
zieeeeew


A potem niektórzy przybieraja takowe pozycje:



Tym niebieskim przykryta jestem ja-mama-Iwa, a dziecko przed chwilą świergotało mi do ucha i wtem.... raptownie usneło. Ja jeszcze się trzymam....może oko przymkne w podróży ku atrakcjom niedzielno -familijnym.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Szczęście nowicjusza

Korzystając z ferii dziecięcych wracamy do tradycji grywania w planszówki. Na pierwszy rzut poszło "Make'n'Break" i powszechnie lubiane "Pędzące żółwie" w naszym żargonie zwane "pierdzącymi żółwiami", a dziś ze starszakami rozegraliśmy partyjkę "Kolejki", czyli trochę bardziej skomplikowanie i zaawansowanie było.
Partyjkę wygrała Zuzka, która grała pierwszy raz, a już stwierdziła, że to jej ulubiona gra. Nie obyło się oczywiście bez pomocy taty, ale jakoś nadspodziewanie dobrze jej szło kupowanie w warunkach realnego socjalizmu. W nagrodę dostała pogadankę o tym jak to kiedyś się kupowało to co było, a nie to co się chciało. I o tym jak dziadek stał w kolejkach kilkudniowych, a babcia ciocię Magdę na ręce brała, żeby trafić do kolejki "uprzywilejowanej".
Owe opowieści dziwnej treści Zuzka sama podsumowała: "Ale to było głupie."
No było. Trudno zaprzeczyć.

8

Tak, tak. Dziś panna Zuzanna kończy 8 lat.
8 lat!
A jeszcze pamiętam dokładnie jak przemycaliśmy ją w brzuchu Iwki do Irlandii, a potem jak z tego brzucha wyskoczyła, a lekarz ją wyjmujący stwierdził: "Ooo! Massive baby."
Jeszcze niedawno leżała taka mała gapa (jak nie przymierzając teraz Dosia), potem raczkowała, by w końcu wstać na nogi i pójść w wielki świat. Jeszcze nie tak dawno chodząc do przedszkola uczyła się dwóch języków jednocześnie, by teraz w obu czytać, pisać i mówić, a do tego dołożyć jeszcze trzeci, którym też się nieźle posługuje (podobno, bo niestety poziomu znajomości irlandzkiego nie jesteśmy w stanie sprawdzić).

A dziś kończy 8 lat i chociaż jest o połowę młodsza od swojego brata, to wydaje się już taka duża. Może to przez dwie małe siostry, którymi zdarza się jej opiekować jak to zwykle starsze siostry mają w zwyczaju.

Z okazji urodzin bawiliśmy się w Tramore, gdzie goście starsi malowali ceramiczne figurki, a w tym czasie goście młodsi szaleli na placu zabaw. Gdy już wszystko co było do malowania, zostało wymalowane także goście starsi rzucili się w wir zabawy, by na koniec posilić się tradycyjnymi daniami z kuchni irlandzkiej czyli kurczakiem z frytkami i deserem lodowym.
Uśmiechy nie znikały z twarzy jubilatki i jej gości, więc chyba było całkiem nieźle.

Zresztą sami zobaczcie.


Wszystkiego najlepszego, Zuzko!

niedziela, 15 lutego 2015

Za nami kolejny tydzień i jeden dzień w weekendu. Znacznie cieplej, już nie ma przymrozków tylko takie 5-9 stopni na plusie I oczywiście wyższe ryzyko deszczu. Czyli pogoda standardowa : będzie padać lub nie.

Za nami tłusty czwartek. A i owszem, były pączki. Domowe lukrowane, gluten cukier tłuszcz. Takie powroty do tradycji odczuwalne są potem przez familie na etapie trawienia a nawet kilka dni potem. i przeważnie pojawia się hasło "nigdy więcej" :) ... W czwartek Franek miał wyprawę do parlamentu w stolicy, upieklo mu się trochę bułek orkiszowych i efekty widać na nosie i brodzie. Bezglutenowo bowiem to i beztrądzikowo.

W czwartek to też dzień w którym Stare Futraki wychylily nosa zza pieluch i wybyły z domu.
Byliśmy ta dam! byliśmy w ...teatrze! Na sztuce! Ba! Eh, jak nam się podobalo. Przeżywamy trochę, i zanudzamy interlokutorów relacjami jakby to było niewiemco :) I ba! Przeżywam, bo sztuka z sensem i przesłaniem, nietuzinkowo zagrana, jedna z topowych sztuk w Irlandii z super recenzjami. Ale nic to. Ja też pod wrażeniem jestem ze podsumowując to w większości ją rozumiałam. Wszak w lengłydż aktor grał. W lengłydż z irlandzkim akcentem a nawet kilkoma akcentami gadał gdy nasladowal rodaków. Akcent Polski też był :) Może więcej mąż dopisze, spróbuję namówić :)
Się pożyje, się zobaczy.

A dziś party time. Będziemy świętować urodziny najstarszej córki. Ósme. Tak tak...Blog się zaczynał gdy nosiłam ją pod sercem, gdy zaczynała dawać o sobie znaki pierwszymi kopnieciami w moim brzuchu. Teraz to pannica dzielna taka ...Eh łza się z wzruszenia w oku kręci...


Tłusty Czwartek z córkami. Dałam radę mając w perspektywie nadciagajacą pomoc i wieczór poza domem :)



Sobotni wieczór gier. Zozpoczelismy tydzień ferii od szkoł i bedzie więcej czasu posiedzieć wieczorami ze starszakami. Na stole gra Make it/Brake it. 


A jeszcze zanim deser (czekoladki Walentyn nowe od ... sympatii Zuzki !!!), chłopaki byli drwalami, cieslami i porzadkowaczami ogrodu. Ogródka. no dobra, ogródeczka... 
Tylko jak na mały ogrodeczek, nie było tam wcale bałaganika. Tam był całkiem spory ...nieład.

środa, 11 lutego 2015

Środa

Dziś mała skucha się zdarzyła komuś. Zawirowanie z kluczami, a w sumie ich brakiem spowodowało małe zgromadzenie pod wejściem do przedszkola. 

Franek spóźnił się do szkoły, dowiozłam go na pierwszą lekcję, ale z notatką od mamy co by bury nie dostał.

kolejności odwozenia raczej nie da się zmienić, żeby odprowadzić Helke potrzeba kogoś Dośce do towarzystwa. Przynajmniej na razie, bo razem ze słoneczną wiosną zamiaruje więcej na nogach chodzić...

Franek nie będzie zadowolony. jego plecak bowiem waży straaaasznie dużo....


wtorek, 10 lutego 2015

naciĄgnięta struna

Hm. Powinnam troszkę jednak powrócić w blogosferę?
Co, pomyśleliście, że utknęłam między pralką a zlewem, z przerwami na karmienie czwórki dzieci i męża? a wieczorami padam na twarz? a w nocy dyndam wrzeszczące niemowlę?

Lekko nie jest, prawda to.

Nie ma leniwych "dziur" czasowych. W głowie lista co najmniej kilku planów w przód, i to nie spektakularnych jakiś, jedynie błachych i trywialnych domowego typu : najpierw pranie do suszarki, potem obrać warzywa. Lub o! kręci się Dośka, ale jeszcze zanim się głodna obudzi zdążę jeszcze suche ciuchy złożyć, zamieść kuchnię, upiec chleb...
To jak jesteśmy same - ja i Dorotka.

Poziom trudności wzrasta o kilka poziomów, gdy jestem z Dorotką i Helenką.
Małe przypiersiowe dziecię i powrócona z przedszkolka mała dziewczynka.
Level max to wbrew pozorom obecność wszystkich córek na raz. Mam wtedy zmęczoną Zuzkę, wymagającą wolnego czasu po szkole ale i głodną, i już wypoczętą i nakarmioną Helenkę. Dosia ma różnie - choć przeważnie w tym czasie domaga się uwagi, huśtaweczka nie bawi, smoczek od zarania jest be!.

Na te krzyki-ryki najczęściej przychodzi Franek. Zmęczony i głodny..wiec zły.
No chyba, że ... czegoś chce. Wtedy milszy i rozmowniejszy. I pomoże bezinteresownie.

A czas tik tak tik tak ... idzie do przodu.
Oddech łapię punkt 17. Gdzieś nie tak daleko mój ukochany mąż wyrejestrowywuje się z kołchozu i gna do domu. Za 5-6 minut wejdzie. Nie to, żebym wrzucała na zmęczonego chłopa te trzy słodkie córki, i nadąsanego nastolatka, nie. Po prostu  jego obecność działa na mnie kojąco. Już jest, więc ja się jakoś wewnętrznie uspokajam, wygładzam spiętrzone myśli, zwalniam tempo. Dwie-trzy godziny popołudniowego i wieczornego czasu to i tak mało, by podzielić pomiędzy czwórkę dzieci.


Żeby wychować jedno dziecko potrzebna jest cała wioska, jak brzmi stare przysłowie pszczół. I może na początku nie chodzi o to dziecię, a może o matkę? Jakoś zeszło ze mnie powietrze i napięcie, gdy po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że niestety, postawiłam sobie zbyt wysoko poprzeczkę - nie da się funkcjonować przy czwórce dzieci jak przy trójce. Trudno. Nie będę się kopała z rzeczywistością. Mam dwie ręce.

Ale ale :) mam także "starszaków" - przynieś, zanieś, popilnuj, odłóż, naszykuj, zamieszaj, pobujaj. Zginęłabym bez nich, są niesamowite, pomocne.
 A są takie mamusie co starszaków nie mają. Chylę czoła i całuję w ręce! Moje natchnienie i wzór by czasem nie siąść i nie zwariować. Nie wiem jak one sobie radzą.

Policzyłam, że pomaga mi ponad pół tuzina osób. Pomoc potrzebna, bo nawet nie chce mi się opisywać jak wygląda odbieranie Helki z przedszkola z Dorotką, tudzież odbieranie Zuzki z maluchami. Przynajmniej póki pogody są niefajne by wózek pchać.

No i wszak chodzę też do szkoły w sobotę na dwie - trzy godziny, i następne dobre ludzie, którzy maluchy przygarniają - jedna ciocia ma Helenkę, druga Dorotkę, a ja ze starszakami śmigam do Polskiej Szkoły. OGROOOOOMNY plus, że tata Futrak ma co drugą sobotę wolną i odpada logistyka rozwożeniowa i akcje związane z odciąganiem mleka na tę okoliczność. Tu należy jednak zaznaczyć, że zawieziona pod opiekę Dorotka, śpiąca w foteliku samochodowym, odbierana jest po 2-3 godzinach w stanie nie zmienionym - śpi jak spała. Takie dobre dziecię :) Mam nadzieję, ze to się nie zmieni. A jak nawet się obudzi, nie będzie uciążliwa.

Należy wspomnieć o cioci, która przychodzi gdy mama z tatą chcą gdzieś wyjść (ha, byliśmy w kinie :)), cioci co mi ręce uratowała i podarowała nam huśtawkę co buja i nuci Dorotce piosenki, ciociom co przywożą ubranka ku uciesze mojej i całej trójki strojniś.

Lista osób którym jestem zobowiazana jest długa...

Jest też dobry człowiek do pomocy mamie w domu. Dodatkowe ręce i dodatkowe oczy, dodatkowa energia. Dom wygląda więc jak dom, i chyba przy dwójce dzieci nie miałam tak czysto. Dobry człowiek bowiem traktuje sprzątanie jak swoje hobby :) Dla mnie to takie wiosenne przejściowe wybawienie, mogę ugotować obiad, czy odrobić lekcje z Zuzką czy też oddać do zabawy Helenkę. Nie muszę też wszystkich pakować do auta by zawieść Zuzkę do akademii teatralnej. Pełen psychiczny komfort, że z czym się nie wyrobię nie zostanie odłożone na "kiedyś-tam".

O, i nawet ta-dam!  mogę coś tu skrobnąć na blogu :)







niedziela, 8 lutego 2015

Latające starszaki

Zupełnie niespodziewanie wylądowaliśmy dziś na nowym placu zabaw w Tramore. Na tyle niespodziewanie, że byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani ubraniowo, więc był to raczej zwiad bojowy w tym miejscu niż faktyczne odwiedziny. Zimna mgła dość szybko nas wypędziła, ale nie na tyle szybko żeby Zuzka z Frankiem nie skorzystali z fantastycznej huśtawki, która pozwala na prawdziwe bujanie w obłokach. Szczególnie jeśli te obłoki dotykają ziemi, tak jak to miało miejsce dziś.
Zresztą zobaczcie sami.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Czy to ty?

Jeden artysta kiedyś sobie śpiewał melodycznie całkiem taki tekst: "Wiosna, wiosna, ach to ty!" czy jakoś tak w ten deseń.
Oficjalnie od wczoraj mamy w Irlandii wiosnę. A w zasadzie oficjalnie dla druidów, bo wiosna jedynie w kalendarzu staroceltyckim, a za oknem jeszcze zima pełną gębą. Wprawdzie śniegu ani milimetra nie napadało, szadź nie osiada na drzewach, ale temperatura taka że samochód rano trzeba skrobać a ręce grabieją szybciej nie niejedne grabie.
Niemniej chcąc jakoś uczcić ów pierwszy dzień wiosny, bo w młodości (czyt. dawno, dawno temu, za górami, za lasami) też się owe pierwsze dni wiosny obchodziło jakoś. Rodzice czytają bloga, więc nie będę się rozwodził nad tym jak kiedyś obchody wyglądały, ale za to napiszę (i pokażę) jak wyglądały w tym roku.
Mówiąc krótko, wybraliśmy się z Zuzką do parku. Niestety tylko z Zuzką, bo Helce na spacer nie pozwolił wyjść katar jakiś, a Dośce temperatura nie odpowiadała, Franek za to postanowił pomóc mamie w opiece nad młodszymi siostrami.
A park nasz niedaleki na "wiosnę" nie prezentuje się może imponująco, ale ma tę zaletę że nie jest tłoczny ani głośny, nawet w słoneczny dzień.
Zuzka najpierw poskakała tu i tam, potem rozgrzaliśmy się herbatą i gorącą czekoladą (zgadnijcie kto czym), by potem jeszcze wrócić na plac zabaw, gdzie Zuzka spotkała kolegę z klasy, a ja - jego tatę. Okazało się, że tata jest Włochem, chociaż zawsze wydawał mi się jakiś taki bardziej bliskowschodni. Rozmowa się zaskakująco kleiła, ale obniżające loty słońce i coraz niższy słupek rtęci kazały jednak kończyć szybko zabawę (to Zuzka) i konwersację (to ja) i uciekać do domu, gdzie czekał na nas gorący kominek i obiad..... do zrobienia :)

A obrazkowo wypad do parku wyglądał tak: