czwartek, 25 września 2014

wtorek, 23 września 2014

2922 dni

Tyle dokładnie dni minęło od kiedy zaczęła się nasza emigracyjna przygoda, czyli od kiedy 8 lat temu wylądowaliśmy w Dublinie, by potem autobusem i taksówką dostać się do naszego nowego domy w Waterford.
Wtedy opisaliśmy to właśnie tak:

http://futraki.blox.pl/2006/09/Zaczynamy.html

Nie wiedzieliśmy co nas tutaj czeka, nie mieliśmy pojęcia, że 8 lat później nadal będziemy tutaj mieszkać i nie znaliśmy żadnego z tych 2922 dni, które teraz są już za nami.
Dziś mogę powiedzieć, że żadnego z nich nie zmarnowaliśmy, żadnego nie żałujemy, ale i żadnego nie mamy chyba chęci powtarzać, bo zawsze to lepiej patrzeć w przyszłość niż zajmować się dniem, który minął.
2922 dni doświadczeń na najpierw nowym, a potem coraz bardziej znajomym, gruncie. 2922 dni pełnych radości, czasami smutku, czasem tęsknoty i mnóstwa innych uczuć, których teraz nie sposób zliczyć, pojąć i podsumować. To trzeba było przeżyć. Te wszystkie dni, kiedy czasami nie było łatwo, ale zawsze było dobrze. Nawet kiedy było "dobrze inaczej", czyli nie do końca tak jak sobie wymarzyliśmy czy wymyśliliśmy.
Wśród tych 2922 dni były oczywiście i ważniejsze i mniej istotne, ale każdy z nich doprowadził nas właśnie do tego wtorkowego wieczoru, kiedy w zasypiającym domu próbuję zebrać jakoś do kupy te 8 lat naszego życia.
I nie jest to już życie "na obczyźnie" jak nam się wydawało kiedyś. Teraz to już jest życie u siebie. I my i nasze dzieci (w większości już urodzone w Irlandii) czujemy się tutaj "u siebie" i do naszego domu w Waterford wracamy jak do własnego.
Długo by wymieniać co się zmieniło przez te 2922 dni. Najważniejsze że nam nadal ze sobą dobrze, tak jak te 8 lat temu, kiedy wysiadaliśmy z taksówki pod naszym nowym irlandzkim domem.
Wtedy było nas nieco mniej, a Franek miał mniej lat niż teraz Zuzka. Tylko ja i Iwka zostaliśmy nadal młodzi i piękni. I do tego niezmiernie skromni :)

Pozdrawiamy tych Futraków sprzed 8 lat i dziękujemy im za podjęcie decyzji o wyjeździe. Bez tego nie byliśmy tu gdzie jesteśmy i nie bylibyśmy tym kim jesteśmy.

wtorek, 16 września 2014

Tak się robi historię

Jeśli kiedyś ktos z was, naszych czytelników (o ile tacy tutaj są) będzie czytał historię polskiego harcerstwa w Irlandii (którą ktoś najpierw będzie musiał oczywiście spisac), w roku 2014 może się natknąć na wzmiankę, albo może i cały akapit czy rozdział o niejakim Franciszku Wiśniewskim, prywatnie moim osobistym synu.
A dlaczego niby miałby w tej historii być umieszczony Franek, zapyta dociekliwy czytelnik.
Otóż w niedzielę, 14 września (swoją drogą data już zapisana wcześniej w annałach Wiśniewskiej rodziny), nasz dzielny synek stał się pierwszym polskim harcerzem w Irlandii który przeszedł z drużyny harcerskiej do drużyny wędrownikow, czyli takich doroślejszych harcerzy (proszę harcerzy i wędrownikow o nie oburzanie się na to prostackie wyjaśnienie).
Na ognisko harcerskie pojechał jeszcze jako harcerz a wrócił jako wędrownik, dumny i blady. I nieco mokry, bo przy ceremonia przechodzenia do nowej drużyny nie mogła odbyć się bez małego wyzwania podczas. Franek musiał przejść do nowego drużynowego z manierką pełną wody...  na głowie. Nie udało się niestety za pierwszym razem (za drugim też zresztą nie) i stąd mokrość częściowo tylko wysuszona przy ognisku.
Na pożegnanie dostał pamiątkową koszulkę (patrz zdjęcie), a na powitanie w nowej drużynie - nową chustę i pierścień do niej a na pagonach nowe kolory drużynowe (swoją drogą bliskie sercu ojca, ale to zupełnie inna historia).
Teraz, jako wędrownik będzie częściej wyjeżdżał, łaził tu i tam, spotykał się z drużyną już nie w zaciszu harcówki ale w plenerze i pod gołym niebem, które w Irlandii nie zawsze rozpieszcza taką pogodą jak ostatnio, i nie raz pewnie zmoczy wędrujących.
Tak bywa. Chłopak wyfruwa powoli z gniazda, dobrze że w dobre ręce i ku chwale.
Powodzenia, młody, na szlaku!

sobota, 13 września 2014

Dożynki!

Nieubłaganie nadchodzi jesień, ale jeszcze nie dziś, jeszcze niech nie spieszy. Bo dziś (i jutro) mamy w mieście dożynki, czyli Harvest Festival. Nieco mniejszy niż jeszcze dwa lata temu, nieco uboższy w różnorodności smakowe, ale i tak warty odwiedzin.
A skoro warty to i my go odwiedziliśmy. I nie żałujemy. Trochę było oglądania, jakieś zwierzaki, jakieś plastry miodu z prawdziwego ula, jakieś dekoracje z taczek i takie tam. Trochę było jedzenia, głównie jakieś lokalne hamburgery, pieczone świnie czy inne kurczaki, gdzieś się przewinęło coś egzotycznego albo jakieś słodkości.
Conieco skosztowaliśmy ale najważniejsze że parę miłych chwil spędziliśmy razem. I dzieci się nawet nie kłóciły za bardzo.
A Helka przez chwilę była Wikingiem :)

wtorek, 2 września 2014

Przedszkolaczek

"Jesienią zawsze zaczyna się szkoła..." śpiewał kiedyś niejaki Muniek. 

W tym roku młode Futraki zaczęły jednak nie tylko szkołę ale też przedszkole. Konkretnie owo przedszkole, które na standardy polskie jest żłobkiem, zaczęła Helka.

I spędziła w nim już cały tydzień, oczywiście nie to że całe siedem dni, tylko po cztery godziny dziennie, i już widać że się jej podoba. Dzieci do zabawy, zabawki... też do zabawy i miłe panie do opieki, tego jej było trzeba. 

No i wychodzi na to, że jak trzecie dziecko chętnie zostaje w przedszkolu to mama się cieszy, a nie roni łzy jak przy pierwszym. 

Więcej relacji szkolno-przedszkolnych już wkrótce. A tymczasem pora spać bo jutro jedyny dzień odpoczynku od nauki, chociaż  ie od pracy, bo ten przypada akurat w poniedziałek i wtorek, kiedy nauka w szkołach, przedszkolach i żłobkach wre.