piątek, 29 sierpnia 2014

Ding... Ding... Dingle!

W zasadzie wszystko ma swój początek 39 lat temu, kiedy rodziła się mała Iwonka, dokładnie ta sama, która po 39 latach wpadła na pomysł, żeby urodziny swoje spędzić zgoła inaczej i zabrać rodzinę na WYPRAWĘ. Okazja była w zasadzie podwójna, bo nadarzył się jednocześnie ostatni weekend wakacji i zadzwonił ostatni dzwonek oznajmiając, że kolejna taka okazja zdarz się dopiero w lipcu przyszłego roku. A do tego czasu to jeszcze tyle się może wydarzyć.
Nastąpiły krótkie dywagacje i szybkie kalkulacje, a ich wynikiem było niedzielne popołudnie spędzone rodzinnie w samochodzie pędzącym na zachód naszej małej, ale uroczej wyspy. Do przejechania, jak na irlandzkie odległości, było całkiem sporo, bo jakieś 250 kilometrów, z czego znaczna część wcale nie autostradami, tylko całkiem wąskimi i krętymi drogami, czasami w ulewnym deszczu.
Jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu dojechaliśmy!
Pierwszy cel - hostel Dingle Gate - został osiągnięty wczesnym wieczorem, kiedy słońce jeszcze było dość wysoko, chociaż określenie dokładnego położenia utrudniały gęste chmury, mgła i trochę mżawki.
Ale nam mimo wszystko humory dopisywały:
Witamy w Dingle Gate!
Szybka kolacja dla wszystkich głodmorów, krótki spacer po okolicy, żeby nogi rozprostować, chwila w "świetlicy" przy ping-pongu (!!!) i już trzeba było się kłaść spać, bo dzień następny zapowiadał się tyleż obiecująco, co długo i potencjalnie męcząco.

Dzieci miały obiecaną niespodziankę, i to z tych, których trudno się domyślić, bo nie wiedziały czego się spodziewać w całkiem nowym miejscu. Zapakowaliśmy więc naszą przemiłą gromadę do dzielnego auta i pomknęliśmy dalej na zachód.
Zuzka miała tylko lekki dylemat, bo w hostelu poznała rudowłosą Meave, z którą zaprzyjaźniła się od "pierwszego wejrzenia". Dopiero obietnica, że Meave kiedyś odwiedzi nas w Waterford (plus drobny upominek od koleżanki) ugłaskała Zuzkę na tyle, że bez rozdartego serca pojechała w dalszą drogę.

A w dalszej drodze czekały nas niezwykłe widoki, niestety zasłonięte przez chmury, mgłę i tradycyjną irlandzką mżawkę. Dmuchaliśmy i chuchaliśmy, żeby przepędzić chmury, ale niestety pokonała nas potęga natury i widoków gór, jezior i innych dolin nie było nam dane tym razem oglądać.

Kiedy mgła się ponosiła na chwilę, wyglądało to mniej więcej tak:

Niezrażeni i ciągle w dobrych humorach, a dzieci dodatkowo zaciekawione czekającą je niespodzianką trafiliśmy w końcu do Dingle, czyli małej wioski rybackiej na malowniczym półwyspie, do której ściągają tłumy turystów. My do tego tłumu dołączyliśmy i razem z nimi trafiliśmy do Dingle Oceanworld Aquarium, czyli wielkiego akwarium z przedziwnymi morskimi stworami z całego świata.
Jedne z najdziwniejszych stworów w Oceanworld Aquarium

Ryby, kraby, krewetki, rozgwiazdy, pingwiny, rekiny, żółwie... długo by wymieniać co myśmy tam widzieli. Ważne, że dzieciom się podobało, dorosłym też. A najważniejsze, że dowiedzieliśmy się w końcu gdzie jest Nemo i gdzie raki zimują. Okazało się, że właśnie na Dingle.

Zachwyciwszy się podwodnym światem i korzystając z coraz gęściej padającego deszczu oraz coraz silniej dmuchającego wiatru (który z jakiegoś powodu uparł dmuchać się tak, by nie przewiać przypadkiem deszczowych chmur), wypiliśmy jeszcze kawę/herbatę, pobawiliśmy się, obejrzeliśmy przedstawienie pokazujące dzieciom (i dorosłym też) dlaczego nie wolno wrzucać śmieci do wody, a kiedy już znudziły nam się te atrakcje pobiegliśmy na parking, by w strugach deszczu zapakować dzieci i siebie do samochodu i ruszyć gdzieś, gdzie mniej wody będzie kapało z góry.
Nie było łatwo... bo deszcz uparcie mył nasz samochód i mył, potem jeszcze raz spłukiwał, by po chwili suszenia porywistym wiatrem stwierdzić, że jednak jeszcze raz trzeba umyć. I tak w kółko, aż do Killarney, gdzie dał nam w końcu spokój, a my mogliśmy rozprostować nogi i napełnić brzuchy.

A szukając miejsca do napełnienia brzuchów trafiliśmy na hostel The Sugan, w którym jako młode małżeństwo zatrzymaliśmy się w podróży poślubnej. Nie podejrzewaliśmy wtedy ani przez chwilę, że osiem lat później odwiedzimy to samo miejsce z gromadą dzieci. I to własnych dzieci.

Chwila wspomnień... czyli osiem lat później pod The Sugan
Potem był już tylko urodzinowy obiad, lody gdzieś w drodze i długa droga do domu.

Dzieci zachwycone, chociaż zmęczone. My zadowoleni, chociaż równie zmęczeni. Dingle nadal nie zwiedzone, więc już dziś odgrażamy się, że kiedyś tam wrócimy, pewnie na dłużej i upewniając się u pogodynki, że mniej będzie kapało.

A to co nam udało się zobaczyć i jeszcze uwiecznić, można tutaj zobaczyć.

sobota, 23 sierpnia 2014

Iwa 39,0

Anioł poprowadził mię ku bramie, która skierowana jest na wschód...

Nie ma co ściemniać. Mam 39 lat, w sumie może upierając się lat to 38, a jesieni własnie 39. Ściem więc nie ma, co miałam zrobić przed trzydziestką - zrobione, co przed 40-tką, też zdążę :)
Nie muszę puszczać oka, że to kolejne 19, czy 29 :)
Czuje się odkupionym, odnalezionym, nowym człowiekiem, szczęśliwą żoną Męża, i szczęśliwą mamą naszych fajnych dzieci.
Budzę się z radością każdego dnia, wyglądając niespodzianek, cudów małych i dużych. I nie musi być to znalezienie piątaka na ulicy (jak wczoraj), ale to każdy uśmiech, wiadomość, informacja, ułamek sekundy kiedy kąt oka odstrzeże coś, co natchnie ku przygodzie, przemyśleniu, refleksji. Każde podsumowanie dnia, jakie robię razem z domownikami, pokazuje jak dużo otrzymuje, jaki ogrom szczęścia mnie otacza. Te buziaki pyzate dzieci, coraz nowe umiejątności następnego pokolenia w naszych rękach, podtrzymywanie ich w smutkach i problemach wzrastania, chichranie się z byle-czego - ale wspólnie. Uczę się języka Miłości by stał się ich wianem i ich rozruchowym motorem w dorosłości. Codzień powtarzam sobie, by być lepsza od siebie z wczoraj (mam eksperta-konsultanta obok, który nie owija w bawełnę). Nie zawsze wychodzi... mam babowe nastroje, krótkość nerwów, czy powtarzane prośby i rytuały doprowadzają mnie do szał(k)u...
Każdy dzień dla mnie część jakiegoś dużego planu, którego w całości przecież nie widzę, i nawet nie rozumiem, ale napieram, idę na przód - na wschód. Tam przecież ... Eden.

                  Nasza Pomoc Nieustająca wśród bałaganu naszego życia.
- - -
I zapraszam do tańca :)




wtorek, 19 sierpnia 2014

Wyjście z domu

Wakacje zbliżają się do nieuchronnego końca. Dzieci szykują się do powrotu do szkoły. Iwka szykuje się do powrotu do rękodzielniczego świata. Ja szykuję się do faktycznego odczucia jak to jest kiedy weekend wypada mi w środku tygodnia.
I co najważniejsze Helka szykuje się do pójścia do przedszkola, a właściwie żłobka, bo tutaj oba te przybytki nazywają się "crèche". Dziś oficjalnie potwierdziliśmy naszą gotowość oddania najmłodszej pociechy pod opiekę przemiły pań w przedszkolu (w większości tych samych które opiekowały się Zuzką zanim ta poszła do szkoły) a Helka potwierdziła że potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi i zabawy nowymi zabawkami. Pierwsza wizyta próbna już za tydzień, a od września przez cztery godziny dziennie będzie się bawiła i uczyła gadać w narzeczu Szekspira.
Mamy nadzieję, że codziennie będzie równie uśmiechnięta jak dziś i że podobnie jak Zuzka nie będzie chciała wychodzić z przedszkola.
Oj... Rosną dzieci i z domu powoli wylatują.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Zmiany, zmiany

Już niedługo takie widoki za oknem będzie miała Zuzka a nie Franek. Na horyzoncie spore zmiany, a zaczynamy od zamiany pokoi przez dzieci nasze najstarsze. Franek zajmie małą sypialnię (tę o której tubylcy mówią że nie można w niej nawet "swing a cat"), a Zuzka zyska trochę przestrzeni, chociaż nie na długo, bo wkrótce Helka planuje się do Zuzki wprowadzić.
Co z tego wszystkiego wyjdzie, zobaczymy.
Na razie mamy do oddania duże biurko Franka, które do małej sypialni nijak nie chce wejść. Ktoś chętny?

środa, 13 sierpnia 2014

Salon u Helki

Dziś Helka otworzyła salon fryzjerski, a jej pierwszą, i jak na razie, jedyną klientką była Zuzka. Po prostu nie ma u nas w domu więcej odważnych :)

sobota, 9 sierpnia 2014

kiełbasa piaseczna

Nie, w tytule wcale nie ma błędu. Kiełbasa była i była właśnie piaseczna, a nie "z Piaseczna".

Ale po kolei.

Najpierw okazało się, że będę miał wolny weekend. I ten wolny weekend wypadnie akurat w sobotę i niedzielę. Aż żal byłoby nie skorzystać, więc należało zaplanować fantastyczną wycieczkę, co sprawnie z żoną zrobiliśmy.
A oprócz wycieczki zaplanowaliśmy małą niespodziankę. W zasadzie zaplanowała Iwka, a ja tylko wykonałem pewną część.
Plan był taki: jedziemy na plac zabaw w Bonmahon, potem zmęczeni szaleństwami przenosimy się za wydmę na plażę, gdzie dzieci zachęcone palącym słońcem i widokiem przyjemnie chłodzącego morza będą szalały jeszcze bardziej, a gdy zmęczone przybiegną się posilić zaserwujemy im grillowaną kiełbaskę. Plan oczywiście zakładał świetną pogodę oraz pewien element zaskoczenia w postaci właśnie grillowanych atrakcji, które tym większym zaskoczeniem miał być, że nie posiadamy żadnego grilla.
Zatem dziś rano kiedy jeszcze familia wylegiwała się w pieleszach, skoczyłem kupić podręcznego jednorazowego grilla, który idealnie komponowałby się z wczoraj zakupionymi przez małżonkę kiełbaskami. Słońce przygrzewało miło, chmury tylko co jakiś czas przynosiły chwilową ulgę, czyli wszystko wyglądało idealnie.
Potem było śniadanie, pakowanie, wyskok na kawkę do zamku naszego lokalnego, powrót do domu po zapomniany parasol, szybkie wpadnięcie do znajomych, aby oddać im zostawione u nas rzeczy (bo to po drodze) i już jazda do Bonmahon.
A w Bonmahon... trochę wiało... no potem wiało jeszcze bardziej trochę... a nawet jak zaczęło wiać zdecydowanie mocniej niż trochę nie zraziło nas to i z placu zabaw zabraliśmy dzieci i babcię na plażę.



Plaża, jak to czasami plaża ma zwyczaju, położona jest za wydmą. A wydma, jak to wydmy mają w zwyczaju, przeważnie chroni od wiatru. Ta wydma też chroniła, a mimo to za nią trochę wiało. Jak się okazało, na plaży (niechronionej przecież już wydmą) wieje ani nie trochę, ani nie mocniej, tylko tak, że nawet latawiec odmówił posłuszeństwa i stwierdził, że przy dziesięciu w skali Bof... Beau... Boeau... no przy silnym wietrze to on sobie poleży na piasku i nie będzie latał.
Cóż, jego prawo, ja go do przemierzania przestworzy zmuszał nie będę.
A skoro nie latawcem to postanowiłem się zająć grillem. Wprawdzie dzieci jeść nie wołały, ale jakieś podejrzane ciemniejsze chmury na horyzoncie kazały postąpić rozsądnie i nie czekać z rozpalaniem na to, co z nich kapnie.
Powiadam wam! Rozpalenie grilla przy silnym wietrze to nie jest w kij (nomen omen) dmuchał. Rozpalenie jednorazowego grilla przy jakimkolwiek wietrze to już sztuka godna mistrzów. Wymagało to: zaprzęgnięcia Franka do kopania dołu, wymoszczenia i otoczenia go kamieniami (dołu, nie Franka), w calu ochrony ognia przed wiatrem, rozłożenia parasola (tym razem przeciwwiatrowego a nie przeciwsłonecznego), ustawienia zapalniczki na największy płomień, manewrowania grillem w taki sposób, aby akurat był ustawiony dnem do wiatru, poparzenia sobie trochę palców przy 183. próbie zapalenia zapalniczki.



W końcu udało się! Zapłonął ogniem wielkim, choć szarpanym przez wściekłe podmuchy.
Zatem kiełbaski na grilla i czekamy. Długo nie poczekaliśmy, bo podsycany wiatrem ogień szybko nam je spalił, a zapach pieczystego skłaniał młodzież do zadawania coraz częstszych pytań: "Kiedy będziemy jeść?"


Zjedliśmy szybko, na tyle szybko, że przy operacji zdejmowania kiełbasek z grilla jedna obtoczyła się w piasku, a całą resztę jak się okazało piaskiem oprószył wiatr. I stąd właśnie kiełbasa piaseczna :)


Nie powiem... jak na wegetarian przystało wcinaliśmy ją z prawdziwym zapałem, tym większym, że wiatr coraz bardziej upierał się nam urwać głowy, a z chmur zaczynało coś kapać.

Potem były już tylko tradycyjne lody po drodze do domu i wycieczki koniec.