piątek, 10 stycznia 2014

grudzień zajęty był

Można w zasadzie powiedzieć, że cały grudzień przepierniczyliśmy. Może nie aż tak jak rok wcześniej, ale jednak. W mieście mieliśmy zimowy festiwal Winterval, a wśród atrakcji znów znalazła się Wioska Św. Mikołaja, gdzie między innymi warsztaty piernikowe miały miejsce. A pierwsze skrzypce w warsztatach zagrała Piernikowa Baba, prywatnie moja żona i mama moich dzieci. To jej tajemny przepis na ciasto piernikowe oraz zapach wydobywający się z pieca piekącego pierniczki ściągały dzieci, młodzież i dorosłych, którzy chętniej niż rok temu zakasywali rękawy i wałkowali, wycinali i dekorowali na potęgę.

Ogólne zadowolenie, uśmiechy i lukier zlizywany bezpośrednio z pędzelków lub z ciepłych jeszcze pierniczków wskazywały, że warsztaty to jest coś co lubią ludzie w każdym wieku. Najmłodsi uczestnicy mieli jakieś 2 latka i ledwo jeszcze trzymali wałki w rękach, najstarsi liczyli sobie jakieś 40 wiosen i ledwo ukrywali dziecięcą radość ze wspólnego pierniczenia.

Cóż, pomysł na piątkę z plusem (a nawet na szóstkę po reformie), a za pomysł pochwały należą się znów żonie mej osobistej. Okazało się, że dzieciaki wracały po dwa-trzy razy i że niektórzy przyjeżdżali spoza Waterford tylko po to, by upiec rodzinnie pierniczki. Pytań o przepis na ciasto było co niemiara, ale Iwka była niezmiennie twarda i broniła sekretu własną piersią (czyli zdecydowanie i skutecznie). Oznacza to tyle, że za rok znów możemy się spodziewać tłumów złaknionych pierniczków, bo niby te z iwkowego przepisu mogą przetrwać i rok, ale osobiście nie znam nikogo, u kogo tak długo przetrwały. Najczęściej są jedzone albo jeszcze w drodze do domu (stąd konieczność powtórzenia wizyty na warsztatach) albo przy najbliższej herbacie.

Sama Wioska Św. Mikołaja zyskała w tym roku nowy wymiar i to pod wieloma względami. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe atrakcje. W zasadzie wszystko oprócz pierniczków było nowe. I w zasadzie w większości lepsze, a na pewno mniej męczące. Dzięki ludziom, którzy otwierali i zajmowali się Wioską poza godzinami warsztatowymi mieliśmy nieco spokojniejszą głowę. A dzięki nieocenionej Babci Eli mieliśmy tę głowę jeszcze spokojniejszą, bo mniej zajętą dziećmi naszymi osobistymi.

Oczywiście nie cały czas było słodko i lukrowo, mimo ton lukru wylanego na pierniczki, ale cóż... rok wcześniej była nas czwórka i dogadać się było łatwiej. W tym roku było nas chyba ze trzy razy więcej i czasami komunikacja szwankowała, a nie zawsze da radę dotrzeć do każdego z tym samym przekazem. Co więcej ten sam przekaz może być różnie interpretowany przez różnych ludzi. I jeśli przy czworgu łatwiej jest wyjaśnić nieporozumienia, to przy ponad dziesięciu - znacznie trudniej i owa trudność rośnie wykładniczo (kiedyś taki mądry wyraz podłapałem i zawsze chciałem go użyć w zdaniu:) ). Cóż... tak bywa i już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, że nie każdy rozumie słowo mówione i nie każdy gotów jest zająć się tym co trzeba, a woli zajmować się tym czym nie trzeba. Cóż... ludzie pozostaną ludźmi, a my będziemy się nadal dobrze bawić.

A sam Winterval? Chyba jeszcze fajniejszy niż rok temu. "Chyba", bo tego poprzedniego praktycznie nie widzieliśmy z racji 100% zajętości w ówczesnej Wiosce, więc trudno porównać z tegorocznym, z którego też jedynie urywki zobaczyliśmy. Z relacji Zuzki, Franka i Babci (Helka nie wyraziła zdania) wynika, że było dobrze, bardzo dobrze, a nawet fantastycznie. I istnieje szansa, że za rok Winterval wróci do miasta, a Wioska z pierniczkami wróci na Winterval.

I jeszcze rzut oka na ruchome obrazki z Wioski Św. Mikołaja:



Co więcej, dzięki Jarkowi Bugalskiemu, trafiliśmy nawet do TV Polonia i można to zobaczyć tutaj.

A od 1 stycznia wracamy do normalności, bo przecież nie samymi imprezami człowiek żyje. Zwyczajności też czasami w życiu potrzeba, nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz