czwartek, 25 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

Czytelnikom życzymy tego co w temacie, a sobie tego co nam życzą czytelnicy.

A wczoraj taką mieliśmy w domu sytuację:

poniedziałek, 22 grudnia 2014

środa, 17 grudnia 2014

Wszystkie dzieci nasze są

No w zasadzie to wszystkie czworo, ale to i tak liczba nie w kij dmuchał.
Jest takie powiedzenie, że dzieci to kupa radości z przewagą kupy, ale śmiem się z tym nie zgodzić. Kupa jest od czasu do czasu a radość nieustannie i jej ilość rośnie wykładniczo wraz z wzrostem liczby dzieci oraz ich wiekiem.
A jak ktoś nie wierzy, niech sam sprawdzi :)

A nasze dzieci wyglądają tak jak na obrazku poniżej. Prawda, że ładnie?

sobota, 13 grudnia 2014

Festiwalowo

Korzystając z kolejnego festiwalowego dnia oraz bezdeszczowej pogody wybrali się Wiśniewscy na miasto. Upiekli pierniczki, zjedli conieco, pokręcili się na karuzeli i wysłali swoją przedstawicielkę Zuzannę na zjeżdżalnię. A co najważniejsze przetestowali nowy podwójny wózek i pokazali kawałek świata najmłodszej latorośli.

Latorośl jeszcze nie raczyła wyrazić zdania czy ów świat się jej podoba.

wtorek, 9 grudnia 2014

Bobanio

Kiedyś był Bob Budowniczy, teraz nastała era Bobania Budowniczania.
Bo trzeba wam wiedzieć,  że Helka ma w domu ksywkę Bobanio, tak jak Zuzka miała ksywkę Dżu Dżu. Dorotka jeszcze nie ma swojej dziecęcej ksywki ale to pewnie tylko kwestia czasu.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

życie wzięte trochę w nawias

Strasznie pretensjonalny tytuł, nie?
Wybaczcie.

Od kilku dni mam takie wrażenie, że jakoś niesamowicie się to wszystko układa. Ale może po kolei...

3 grudnia, o 10:05 na ten najlepszy ze światów przybyła Dorotka, czyli nasza trzecia córka, a jednocześnie nasze czwarte dziecko. Jest malutka, chociaż nieco większa niż świeżo urodzona Helka. I co ważniejsze jest zdrowa, wszystko ma na swoim miejscu i oczywiście jest przesłodka.
3 grudnia to, jak łatwo sprawdzić w każdym kalendarzu, była środa. Byliśmy pewni, że Iwkę z Dośką przetrzymają w szpitalu do poniedziałku, jednak okazało się, że moje nadzieje na samotne spędzenie kilku nocy w zimnym i pustym łóżku były płonne.
Najpierw jedna z pielęgniarek stwierdziła, że przecież dziewczyny mogą wyjść już w niedzielę rano, że nie ma sensu czekać do poniedziałku, że lepiej im będzie w domu. Jednak chwilę potem zmieniła zdanie i dowiedzieliśmy się, ku ogólnej uciesze, że Iwka będzie w domu już w sobotę, a w niedzielę będzie tylko musiała wrócić na chwilę, na zdjęcie szwów i na pobranie krwi od Dorotki.
Szybkie planowanie sobotniego wyjścia potwierdziło moje najgorsze obawy, że na odebranie dziewczyn ze szpitala będę musiał poświęcić swoją wolną godzinę lunchu w pracy, jednak czymże jest lekko burczący brzuch wobec posiadania w domu żony wraz z najmłodszą pociechą.
Zatem mówiąc krótko, w sobotę pani żona z panną córką wyszły ze szpitala i wróciły do domu. I właśnie w tym momencie zamknął się ów nawias.
W tym roku bowiem sobota przypadała akurat 6 grudnia, co też łatwo sprawdzić w kalendarzu lub, wiedząc, że środa była 3 grudnia, policzyć na placach jednej ręki.
A 6 grudnia 10 lat temu wysłałem do nieznanej mi wtedy jeszcze Iwki pierwszy list. Jak przystało na list ery internetu był to list elektroniczny wysłany poprzez serwis randkowy. Co więcej, Iwka mi odpisała, i tym samym ten pierwszy mikołajkowy list okazał się otwarciem nawiasu, o czym wtedy nie miałem pojęcia.
Podobnie jak nie miałem pojęcia o tym, że ten list wywoła prawdziwą lawinę w moim życiu, i że doprowadzi mnie właśnie w to miejsce, że przyniesie mi kochaną żonę, czwórkę fajnych dzieci, i miliony wydarzeń po drodze.
Teraz, kiedy tak sobie pomyślę, że mógłbym wtedy nie napisać tego listu i nie siedzieć teraz w tym miejscu próbując to jakoś sensownie opisać, smutno mi się robi. I trochę mi żal tego Krzyśka, który w jakiejś tam rzeczywistości alternatywnej nie zarejestrował się na Sympatii.pl, nie napisał do Iwki, czego skutkiem nie poznał ani jej, ani Franka, ani Zuzki, ani Helki, ani Dosi, ani pewnie tysiąca innych osób i nie przeżył tego co ja przeżyłem przez te ostatnie 10 lat.

I żeby było jasne... zamknięcie tego akurat nawiasu wcale nie znaczy, że coś się kończy. Wprost przeciwnie. Teraz dopiero się zacznie :)

A w nagrodę dla czytelników, którzy dotrwali do tego miejsca garść obrazków. Możecie to uznać za spóźniony prezent mikołajkowy.







piątek, 5 grudnia 2014

Dialogi na 4 nogi

Jest na sześcioro!

Była już z nami od kilku miesięcy, ale nie znaliśmy jej osobiście. Dopiero w środę o 10:05 mieliśmy okazję przywitać się z zupełnie nowym człowiekiem - panną Dorotką Wiśniewską.

Zatem poznajcie ją i wy:
Dzień dobry, mówcie mi Dośka!
Co tu wiele mówić, podobnie jak całe jej rodzeństwo, jest śliczna i już bardzo kochana. Takie trzy i pół kilo szczęścia w ciele małego dziecka.

Jak możecie się domyślić, jesteśmy ogromnie szczęśliwi i dumni jako rodzice takiego bobasa. A dzieci starsze stają na wysokości zadania i wydają się równie szczęśliwe. Helka kiedy tylko widzi Dorotkę, woła z przejęciem coś na kształt: "Dzi dzi dzi tu tu!", Zuzka najchętniej cały czas trzymałaby najnowszą siostrę na rękach i śpiewała jej "Ta Dorotka...", a Franek z dziecięcą (co przy jego nastolatkowych gabarytach wygląda zabawnie) radością rozczula się nad małymi dosinymi rączkami i nóżkami.

Jest jeszcze z nami babcia, bez której trudno byłoby ogarnąć narodziny Dorotki i opiekę nad resztą towarzystwa. Jest równie zachwycona nowym futrakowym nabytkiem co cała reszta.

No i jak to mówią tubylcy, "last but not least", są rodzice tego małego cudu, ze szczególnym wskazaniem na rodzica numer 1 czyli Iwkę, co to najpierw ponosiła Dośkę w brzuchu (chwilami nie było łatwo), potem dzielnie wydała ją na świat a teraz głaszcze, karmi i dogląda nieustająco. A rodzic nr 2? Puchnie z dumy i radości i codziennie rano jak na skrzydłach leci do szpitala, żeby swoje dwie dziewczynki powitać. I dziś też poleci.

A wy zadowólcie się tymczasem garścią zdjęć.









środa, 3 grudnia 2014

Klimat Magnificat


Pierwszą noc spędzam wpatrując się w ten mały póki co CUD. A jak to z cudami, nie ogarnie się tego małym rozumkiem tylko bijscym sercem. Od dziś kolejny cudaczek z nami. Mamy małą dziewczynkę na wychowanie. Ma
na imię Dorotka i leży właśnie w zgieciu mojego lewego łokcia. Ciężar to niewielki jak na łokieć 3590 gram małego człowieka.

Dorota


Przedstawiamy Nową bohaterkę futraczanego bloga.

środa, 26 listopada 2014

Szydło z worka

Dziś dzięki babci Eli Zuzka rozpoczęła prywatny kurs robienia na szydełku. I nawet coś jej tam wyszło, chociaż od tego co wyszło ważniejsza jest satysfakcja i radość tego, że coś nowego umie.
A może już za rok zostanie najmłodszą rękodzielniczką w Wiosce św. Mikołaja na Wintervalu. Się okaże :)

wtorek, 18 listopada 2014

wtorek, 11 listopada 2014

co lubimy

Więc tak po kolei od najmłodszej...

Helka lubi twarożek,
szczególnie gdy może jeść go sama

Zuzka lubi rysować,
szczególnie w balowej sukni

Franek lubi strzelić sobie zdjęcie,
szczególnie jeśli może się potem nim
pochwalić w internecie

Iwka lubi dobre desery,
szczególnie w miłym towarzystwie

Krzysiek lubi całą swoją rodzinę,
szczególnie wszystkich razem i każdego z osobna
To oczywiście nie wyczerpuje tematu, bo lubimy wiele innych rzeczy i ludzi (szczególnie tych, którzy nas czytają) :)

wtorek, 4 listopada 2014

...za 29 dni

Ha!
Zanim dowiecie się co będzie za 29 dni, w telegraficznym skrócie to, co działo się w obozie Futraków przez ostatnie dni.

Wbrew pogodzie, doskwierającej już czasami jesienną deszczową deprechą i chłodnym wiatrem, jesteśmy zdrowi i weseli. A to pewnie dlatego, że tego zdrowia i radości życzymy sobie często, szczególnie przy okazjach ważnych, chociażby urodzinach.
A skoro już o urodzinach mowa...
Franek, nasz synek mały, skończył lat 15 i już nazwanie go małym może się skończyć obrazą i naburmuszeniem, bo mały wcale nie jest.
W ramach urodzinowego przyjęcia miał 25 gości, trzypiętrowy tort, koncert w wykonaniu kolegów i kupę śmiechu.




Sam zainteresowany twierdził, że to były jego najlepsze urodziny do tej pory. W sumie nie mam powodu mu nie wierzyć. Mnie też by się podobały, gdybym kończył 15 lat.

A jak nasz mały synek tych 15 lat przeżył możecie zobaczyć tutaj:

W dniu przyjęcia frankowego Iwka miała dla odmiany imieniny, a żeby je uczcić równie spektakularnie dostała od męża nowy samochód. W sensie samochód jako tai nowy nie jest, ale dla nas jest całkiem nowy. I do tego w bonusie przestronny, wygodny, zaskakujący nas swoimi umiejętnościami. A co najważniejsze - jeździ do przodu, do tyłu, a nawet skręca w prawo i lewo. Pełen wypas.

A poza tym? Poza tym obejrzyjcie obrazki.
Bal Wszystkich Świętych

Bal Wszystkich Świętych

Kawa i posilanie się z widokiem na zatokę Tramore

Co bardziej pamiętliwy czytelnik pewnie pamięta nadal, że coś tam ma być za 29 dni. No pewnie coś będzie, przyszłości nie znamy, ale wiele wskazuje na to, że właśnie za owe 29 dni spotkamy się oko w oko z zupełnie nowym futrakowym człowiekiem. Na razie siedzi jeszcze u mamy w brzuchu, ale chyba tak samo jak my nie może się doczekać spotkania, bo i rusz puka od środka i pyta czy to już. A owo już coraz bliżej.
Cieszycie się razem z nami? :)

czwartek, 23 października 2014

A na scenie...

... wystąpiły dziś starsze dzieciny futrakowe zapewniając reszcie rodziny przednią zabawę przez bite półtorej godziny.
Warto było.
A napiszemy więcej jak emocje opadną, a siły wzrosną.

wkrótce "EXIT"

Zapraszam na zwiastun filmu o emigrantach.
Wkrótce premiera.




Kilkunastu osobom zadano sporo pytań.
Nam także.
I szczerze mówie ...nie było łatwo odpowiedzieć na niektóre.

Ilu nas tutaj tyle historii.
Czemu wyjechaliśmy z Polski?
Czy mamy plany powrotu?
Plusy dodatnie i ujemne emigracji.
Co z następnym pokoleniem, pokoleniem które tu się rodzi?
Czy czujemy się patriotami?


Film będzie dodatkiem do Gazety Polskiej.
Może ktoś chciałby wesprzeć realizatorów:

DANE DO PRZELEWU W POLSCE

FUNDACJA NIEZALEŻNE MEDIA
ul. Filtrowa 63/43
02-056 Warszawa
Bank : Pekao SA
Nr konta: 62 1240 1053 1111 0010 5517 7864
TYTUŁEM – "Film o  emigracji"

DANE DO PRZELEWU Z ZAGRANICY

FUNDACJA NIEZALEŻNE MEDIA
ul. Filtrowa 63/43
02-056 Warszawa
POLAND
Nr konta: PL 62 1240 1053 1111 0010 5517 7864
Swift code: PKOP PL PW
TYTUŁEM – "Film o  emigracji"
Dziekuję za uwagę.



środa, 22 października 2014

... Znów o Helence :)

Nie macie jeszcze przesytu najmłodszą?
Starszaki wystąpią w opisie za dni parę, po premierze swojej sztuki.
A dziś trochę jeszcze o Helce, przez jedną panią w przedszkolu HelGą nazwaną.

Trochę "około-przeszkolnych" tematów :)
Dla wytrwałych z obrazkami na koniec :)
Przedszkole - najbliższe naszej miejscówce, sprawdzone przy starszaczce Zuzce, która, rzec by można było, jest jego absolwentką. Przez te kilka lat panie się nie zmieniły, nadal sympatyczne i uśmiechnięte twarze, kilka nowych punktów wprowadzono - i jak dla nas oczywiście to plusy dodatnie.

Obostrzenia dotyczą przede wszystkim diety maluchów. Obecnie nosi się dla każdego dziecka jedzonko z domu. Nie, nie jest to problemem dla pań. Przedszkole jest  kameralne, małe grupy, każda pani z każdej z trzech grup zna każde dziecko z imienia. Pewnie w molochach i wielgachnych ośrodkach, byłby problem - czyje pićku jest czyje, czyj pojemniczek z lunczykiem jest czyj. Tutaj nie ma. Dla nas generalnie - ogromny plus, a nawet i dwa mi się wymieniły już :) Małe, kameralne grupki, jedzonko "od mamy" czyli bezglutenowo, warzywno-owocowo. Codziennie adnotacja, że Helenka zjadła wszystko. Co zjada? Dziś kromeczki chlebka z masłem, pół awokado, pomidor w ósemkę pokrojony (z własnej plantacji), ogórek zielony pokrojony w słupki. Same jej ulubione żarełko. Wczoraj miała ryż z duszonymi jabłkami, owoce. Zawsze herbatka i zazwyczaj drugie pudełeczko z pokrojonymi owocami. Dobra jest do jedzenia, jak i starszaki, co panie w przedszkolku bardzo cieszy.

Co je cieszy jeszcze? Że Helenka usypia sobie spokojnie po drugim śniadanku, odłożona do sali bocznej sypialnianej, wyciszonej. Bez bucików i skarpetek z domowym kocykiem - po prostu macha "papa" i uderza w kimę :) Ile śpi? Średnio godzinę. Mamy notatki, że spała 40 minut, a czasem budzą ja gdy mama odezwie się w domofonie, że przyszła odebrać dziecię :) Wtedy nawet nie zdążą zapisać, że spała 1,5 godziny :)

Tak, mamy notatki, ile zjadła, ile razy przewinięta i co było w środku pieluszki, i ile spała. Czasem też mamy notkę co robiła i czy jej sie podobało.
Dziś pierwszy raz będzie ... malować farbami. Gorsze ubranko miało być ubrane, bo nie zawsze plasticzane fartuszki noszone są zgodnie z instrukcją przez maluszki :)

Helenka adaptacyjne miała mooooże 3-4 dni, takie, że ociągała się z wejściem do salki, lub zajęczeć jej się zdarzyło wchodząc w bramę przedszkola. Po tych kilku dniach, dzielnie wchodziła i robiła "papa" i dawała buzi, i biegła do zabawek. Odbiera to miejsce jako bardzo bezpieczne dla siebie, co ważne : nie ma "ulubionej" pani, ani też osoby na której widok się wzdryga czy pręży.
Zazwyczaj ciężko jej z przedszkola wyjść do domu... :) Trzeba prosić, lub siłą na rękach wynosić... Gdyby była pierworodną pewnie kuło nas by serce, pewnie drapał kłaczek w gardle - że woli z kim innym i w towarzystwie "nie-rodziców-ukochanych" przebywać :)
Dla nas, jej zachowanie jest potwierdzeniem naszych obserwacji, że potrzebowała towarzystwa rówieśników, że przy starszym rodzeństwie i obserwacji Zuzki i Franka, pójście do żłobka w wieku 15 miesięcy nie było za wcześnie. Było idealnie :)

Opuściła cztery dni przedszkola. W poniedziałek zabraliśmy ją w podróż do Dublina, i po moim szkoleniu i związanym z tym czasem trzydniowej tęsknoty za mamą, została trzy dni w domu. Trochę osowiała wtedy była,spała więcej i bez apetytu. Nasza doktórka stwierdziła czerwone gardziołko, ale dzień po tym stwierdzeniu - apetyt wrócił i kondycja.

Chorowała nam trzy razy w życiu - dwa razy chodziło o kaszel i dostała antybiola. Zaraziła się raz ode mnie, mając nie całe trzy miesiące, i raz od taty, mając chyba miesięcy siedem. W lipcu miała ospę, dwa tygodnie w kropeczki, bez drapania i gorączki.

Trochę inne historia, niż te o których słucham "wrócił/-a do przedszkola, i po dwóch dniach znów w domu na antybiotyku"...

Helki nie widzieliśmy nigdy z katarem czy gorszym zielonym glutem... Nie mierzyliśmy jej nigdy gorączki, choć tata łapą swoją jedynie przy ostatniej gardłowej sprawie, sprawdził i stwierdził, że "ciepła". A jak wiecie, jak "ciepła" to organizm walczy SAM.
Przesypia całe noce odkąd przestałam karmić ją w nocy piersią. Nie latamy na zawołanie "monitorka" jak przy Zuzce co 30-40 minut, można zejść na dół z gwarancją, że jeśli tylko tłum nie tańcuje przy góralskiej muzyce - to nie obudzi się do rana. Do rana czyli 7.45 :) Rozsądnie, nie? A przecież myjemy ją i ona sama myje swe zębiska między 19,30-20.30. I Fajrant. Fajnie, nie?

Czemu powyższy akapit? Bo mamy na prawdę porównanie z odpornością starszych dzieci, a Helenki. Kłopoty zdrowotne Zuzki jak i Franka (jak i wszystkich dzieci jakie znam wokół) ciągnące się do tej pory np z uchem, czy nawrót rozstrojów żołądka przy powrocie do "ogólnie przyjętych na normalne standardów żywieniowych" a brak kłopotów Helki, świadczy chyba, że wybraliśmy dla niej zdrowszą drogę.

Tym tropem idą też inne dzieci, które znam osobiście, których to rodzice zdecydowali się NIE szczepić. Totalnie inne zachowania dotyczące snu, alergii, odporności, rozwoju. Helka jest dzieckiem NIE zaszczepionym. Zaznaczę : WOGÓLE.

Zuzka nie dostała już dawek przypominających (skoro szczepionki dają odporność, czemu "przypomina" się wszczepiając wirusy co kilka lat?)

Zbliża się sezon jesień-zima. Drugi taki sezon na upierdliwym "bezglutenie"...
A wiecie jak minął nam ostatni taki, i fakt, dość radykalny i obostrzony, rozpoczęty oczywiście "buntem" młodzieży na zmiany w kuchni?
Różnica była taka, że Zuzka nie miała ANI RAZU zapalenia ucha, ani żadnej infekcji, Franka NIE pamietamy chorego od ... wiosny 2013, kiedy postawiłam mu bańki.

Nadmienię ze smutkiem, że poprzednio Zuzka miała kłopoty z uszami co miesiąc, wyciek z ucha, wyciek kataru z nosa, kaszel, gorączki i ...antybiole.
brrr... 

Oczywiście tutaj szczepienia są "wysoce rekomendowane" ale nie obowiązkowe jak w krajach postkomunistycznych :(

I nie ma żadnych kłopotów przy odmowie, czy zapisaniu do przedszkola. Nikt też nie pozywa do sanepidu i sądu, nie starszy zabraniem dzieci. Tutaj decydują rodzice.





Gdyby ktoś z Irlandii chciał pogadać na tematy doświadczeń NIEszczepiennych, zapraszam : iwaslim@gmail.com


niedziela, 19 października 2014

Okulary

Helka wkroczyła zdecydowanie w fazę naśladowania, szczególnie Zuzki. A czasami zdarzy się jej i tatę małpować. Na przykład próbując nosić okulary. I wcale się nie zraża tym, że okulary ma za duże, że jej się na nosie nijak nie trzymają. A już najmniej zraża się tym, że wszyscy się śmieją jak próbuje owe okulary zdjęte tacie z nosa na swój mały nosek wsadzić. A mam nieodparte wrażenie, że im bardziej się śmiejemy, tym bardziej ona "nie umie" ich założyć. I takie kwiatki z tego czasem wychodzą.

Wagary z ...mamą.








Trudno ... przyznaje.
Słońce, piątek i ... mama słabowita. Odebrałam wtedy wszystkie dzieciaki. Na raz, wcześniej. Żeby nie musieć wsiadac i wysiadać z Helka w te i we wte. I żeby bylo fair, synkowi też się należał oddech od gmachu szkoły.

"Fajne z tobą wagary mamo"...
Ja też miałam wtedy wagary. W domu bowiem panował yyy ... nieład...

I bywa. Odrodna jestem córka. Jak słucham mojej mamy, która prasuje, wietrzy kołdry, zmienia dywany, szoruje łazienki, myje okna i musowo wtedy zmienia firanki... A, i jeszcze chodniki: trzepanie, szczotkowanie. Taka chodnikowa obsesja :) Od sluchania jestem zmęczona i wyobrażam sobie jak zmęczona musi być potem Ona. U-ła...

Ba! Ja umiem tego nie robić. Ja nawet wyobrażam sobie tego "nierobienie"!

Owszem ... Jak blogo usiąść w ogarnietym wnetrzu...
Ale jaka frustracja jak za ten kwadrans ... przyjdzie walec jeden czy drugi czy trzeci i ... wyrówna :)
ot, kto ma pszczoły ten ma miód.
kto ma dzieci ma ... artystyczny nieład.