środa, 31 lipca 2013

jeździmy i czekamy

No to mamy w domu jeżdżącą na rowerze dziewczynkę. Zuzka od niedzieli śmiga na dwóch kółkach aż się za nią kurzy. Ruszanie pod górkę stanowi jeszcze niewielki problem, ale myślę, że wystarczy kilka słonecznych (albo chociaż nie-deszczowych) dni, żeby i ten mały kłopot zniknął.
Jedyne, na co mogę narzekać w związku z nową umiejętnością Zuzki, to fakt, że od niemal samego rana Zuzka ciągnie mnie do parku "na rower", nawet w irlandzkie lato, czyli w pogodę taką jak dziś, czyli przy deszczu oblepiającym wszystko i wszystkich i wciskającym się w każdą szparę.

A póki jeszcze pogoda sprzyjała, czyli do wczoraj, Zuzka śmigająca na rowerze wyglądała tak:

Poza fascynowaniem się rowerem Zuzka z utęsknieniem czeka na starszego brata, który już dziś przylatuje w asyście babci. Powitaniom i opowieściom o wakacyjnych przygodach nie będzie końca, wspominkom również.
Cieszymy się niezmiernie, że rodzina będzie w komplecie, że wszystko wróci do normy (mniej więcej).

A dziewczyny czekające na brata wyglądają tak:
ten bukiet pieluchowy i tort pieluchowo-ubraniowy to dzieło Agnieszki, naszej znajomej, która takie rzeczy składa

A w najbliższy weekend (oby dopisała pogoda) bawić się będziemy na Spraoi. Plan oglądania jeszcze nie obadany i nie wiemy co tam ciekawego pokażą, ale wierzę, że nie będzie gorzej niż w latach ubiegłych, czyli będzie naprawdę dobrze. Byleby mokro nie było, bo patrząc na to co za oknem przypomina mi się zeszłoroczny Spraoi, kiedy po ulewach park zamienił się w bagno i wszystkie imprezy przeniesiono do centrum miasta ku rozpaczy okolicznych knajp, barów i kawiarni i ku radości takowych w mieście.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Raz, dwa, trzy... jazda!

Kiedyś podobno w Chinach przeklinano swoich wrogów zawołaniem: "Obyś żył w ciekawych czasach!" Nie wiem któremu Chińczykowi i za co podpadłem, ale jak dla mnie to czasy są nieustająco ciekawe. I co ciekawe, wcale nie narzekam.
Wczoraj dajmy na to z niezwykłą ciekawością obserwowałem swoją córkę starszą, która zupełnie nieoczekiwanie wsiadła na rower koleżanki i po niewielkim wprowadzeniu do teorii oraz krótkim poprowadzeniu przez tatę, przeszłą do praktyki czyli po prostu ruszyła i pojechała. Na dwóch kółkach! Prosto! Bez wywrotki!

Zuzanna na dwóch kółkach

Tak napuchniętego z dumy dawno mnie nie widziano, a Zuzka dawno nie miała takiej radochy. Oczywiście od razu wymogła na tacie wycieczkę rowerową do parku na dzień następny, czyli dziś. Tata oczywiście się zgodził bez wahania i bez walki.
A trzeba wam wiedzieć, że Zuzki relacje z rowerem nie były usiane różami. Powiedziałbym, że była to niepewna fascynacja na dystans. Niby była zainteresowana, niby zazdrościła koleżankom, które potrafią jeździć, niby wkurzała się, że ona nie może i nie dogania ich na hulajnodze, niby to i tamto, ale jakoś do tej pory nie mogła uwierzyć tacie, że może tym razem lepiej wziąć do parku rower zamiast hulajnogi.
Być może to była presja rówieśników, być może po prostu sama dojrzała, ważne że wczoraj dystans między Zuzką z rowerami skrócił się znacząco. I miejmy nadzieję, że będzie nadal się skracał w równie szybkim tempie.

A że skracanie dystansu to dobra rzecz, przekonaliśmy się w piątek i sobotę. Ale to już opowieść na inną okazję, zdecydowanie dłuższą. Bo będzie to opowieść z licznymi zwrotami akcji, siekierą wiszącą w powietrzu, nagłymi i gwałtownymi emocjami i tego typu fajerwerkami. Ugh... ale warto było :)

piątek, 26 lipca 2013

Dla Mamy

Znalazłem jakiś stary, niemal zapomniany wpis jeszcze z czerwca. Więc niniejszym publikuję :)

Zuzanna, nasza rosnąca u boku słynnego brata, gwiazda, wystąpiła w sobotę w Polskiej Szkole w krótkim programie artystycznym dla mam i tatów. Zerówkowe dzieciaki stanęły na wysokości zadania i każde z osobna i wszystkie razem zasłużyły na gromkie brawa.
Zuzka, posiadajaca pamięć zadziwiającą nawet jej własnych rodziców, swój wierszyk opanowała w jedno krótkie popołudnie, tak między obiadem a deserem, i potem tylko szlifowała dykcję, intonację i inne aktorskie zagrania, które co tydzień trenuje na teatralnych warsztatach.



Na koniec oprócz buziaków rodzice dostali laurki, a mama w bonusie czerwoną różę. Wzruszeniom i zachwytom nie było końca.

I po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że Grupa Teatralna Mini-Mini robi dobrą robotę. Zuzka przyzwyczajona w zasadzie do deklamacji, występowania i do "sceny" bez zająknięcia i bez cienia tremy wystąpiła przed nieznaną publicznością. Normalnie gwiazda nam rośnie.

O wakacjach w obrazkach

Już ponad tydzień temu wróciliśmy szczęśliwie (aczkolwiek niekompletnie, bo Franek przedłużył sobie wakacje z dziadkami) z Polski, więc będzie w telegraficzno-zdjęciowym skrócie.

Na nasze szczęście lotnisko w Modlinie jeszcze nie działa (i możliwe, że działać nie będzie), więc wylądowaliśmy na Okęciu i prosto z samolotu przesiedliśmy się w pociąg, który grzecznie zawiózł nas do Ustanówka

Powitań i uścisków nie było końca. Dziadkowie zachwyceni wnukami, wnuki zachwyceni dziadkami, a w tym wszystkim my zachwyceni przede wszystkim zimną wodą w basenie, bo upał na początku doskiwerał

Powitań i uścisków ciąg dalszy, tym razem już na Łęgu, przy podwójnej okazji urodzinowej

Helka miała bliskie spotkania I stopnia z ciotką Magdą, a w tak zwanym międzyczasie niezmiennie zachwycała wszystkich dookoła

Zgodnie z najnowszą linią przodującej w Polsce partii, Zuzanna, posłuszna słynnemu zawołaniu "Kobiety na traktory, wypełnia swój obywatelski obowiązek :)

Taniec z takim klownem to nie byle co

Całkiem stara chata całkiem blisko centrum Konstancina. Że też są jeszcze takie miejsca. A jak pójdzie dobrze, to w pobliżu tej chaty będziemy bywali częściej. Ale jeszcze na razie tzw. cicho-sza

Tuż obok starej chaty, całkiem nowy plac zabaw, dla dzieci starszych....

....i dla dzieci młodszych.
Czyli coś z serii: "Dla każdego coś miłego"
(no może oprócz rodziców, którzy mieli conieco kłopotu, żeby dzieci z tego placu wyciągnąć)

Zuzanna w nowej Grubej Rybie
(ten enigmatyczny podpis mógłby się tutaj w zasadzie kończyć, bo chyba wszyscy wiedzą o co chodzi, ale w razie gdyby ktoś nie wiedział, kilka słów wyjaśnienia: słynna konstancińska restauracja Gruba Ryba prowadzona przez mojego osobistego szwagra i jego równie osobistą żonę przeniosła się w fantastyczne miejsce, o właśnie tutaj, i mieliśmy zaszczyt być jednymi z pierwszych gości)

Zuzanna także w nowej Grubej Rybie jako opiekunka do dziecka właścicieli
(cóż, jakoś za kawę, herbatę i inne pyszności trzeba się było odwdzięczyć)

Jak widać, wybraliśmy się do Częstochowy.
Jak widać nie byliśmy jedyny, którzy wpadli na ten pomysł skutkiem czego trochę tłumów tam było.
Nie to żebym narzekał, ale jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi tam pojechać, to wolę wczesnym rankiem, kiedy jeszcze pielgrzymo-turyści śpią smacznie w hotelach i innych kempingach.

Nie wiem co słyszeliście o Częstochowie, ale jak widać pojawiają się tam dziwne stwory z czułkami.

Szczerze? Nie sądziłem że wejdą na wieżę. A tym bardziej nie sądziłem, że wejdą bez jęczenia i z uśmiechem. Dzielne dzieciaki.
Za to sądziłem, że widok będzie imponujący i nie myliłem się.

Czy widać jak mnie rozpiera duma?
Tak, tak, to wcale nie z przejedzenia. To duma z mojej fantastycznej rodziny.

Główny powód naszego pobytu w Polsce, czyli podwójny chrzest - Helki i Blanki.
Fantastyczni goście, fantastyczna atmosfera, fantastyczne miejsce i w ogóle w najśmielszych fantazjach takiej rzeczywistości bym sobie nie wymyślił.
Dziękujemy wszystkim, którzy się do tego przyczynili.
W zasadzie to tak nam się podobało, że nie wykluczamy powtórki z chrzcin za jakiś czas :)

Porozumienie ponad pokoleniami, czyli Iwa z babciami.

I drugie porozumienie ponad pokoleniami, czyli Helka z dziadkami.

Atmosfera ogrodu w Grubej Rybie sprawiała, że Helka usypiała na stole, pośród pustych talerzy i filiżanek z kawą. Odprężenie i relaks całkowite. Szczerze polecam każdemu.

Powrót do irlandzkiej rzeczywistości, czyli nasz rocznicowy obiad w Old Thatch w Kilkee, po drodze z lotniska w Cork.
Tak jak Polska pożegnała nas pogodą nieco irlandzką, z całkiem znośną temperaturą i niebem zasnutym chmurami, tak Irlandia powitała nas iście tropikalnymi klimatami, upałem i widokiem przypieczonych tubylców nieprzywykłych do więcej niż kilku godzin słońca w tygodniu.
Dwa tygodnie w Polsce minęły jak zwykle, czyli zdecydowanie za szybko. Dziękujemy wszystkim, którzy sprawili, że te dwa tygodnie będą niezapomniane, tym którzy nas przyjmowali pod swój dach, żywili, wozili i pomagali na wszelkie możliwe sposoby. I dziękujemy za możliwość spotkania się z wami wszystkimi.
No i do zobaczenia :)

A wszystkie zdjęcia z naszego wyjazdu do Polski do obejrzenia tutaj.