sobota, 2 marca 2013

czytacze i czytaczki

A. Huxley w swoim sztandarowym dziele "Nowy Wspaniały Świat" napisał takie zdanie: "Nie konsumuje się wiele, gdy się siedzi i czyta książki." Z tego co pamiętam (chyba muszę wrócić do tej książki, tak swoją drogą), w realiach tamtego książkowego świata opartego na bezmyślnej konsumpcji była to niemal zbrodnia.
Na szczęście w naszym świecie czytanie nie jest karane, chociaż jak pokazują statystyki - coraz mniej popularne. Na drugie szczęście w domu rośnie nam drugie pokolenie, które nie zaważa na brak popularności tej jakże staromodnej rozrywki i oddaje się jej często i długo.
Franek własnie fascynuje się losami Jagienki i Zbyszka w "Krzyżakach", do których trzeba go było trochę zaganiać i namawiać stosując między innymi sztuczkę "na lekturę", ale jak już się wciągnął, to namawianie się skończyło. Przedtem niemal jednym skokiem połknął "Hobbita" i oglądając film mógł zabłysnąć wśród kolegów znajomością wątków pominiętych przez Jacksona. Przez parę dni miał nawet dobrą zabawę wyszukując nieścisłości między filmem a książką, a ja miałem niezłe wyzwanie żeby mu w tym sprostać.
Zuzka za to co chwila nas zadziwia swoją umiejętnością składania liter w wyrazy, wyrazów w zdania, a zdań w składne opowieści. Czasami wręcz, szczególnie gdy jeszcze niezbyt śpiąca jest, przy wieczornym czytaniu oburza się, kiedy nie pozwala się jej aktywnie uczestniczyć w czytaniu. Najczęściej doczytuje ostatni wyraz w zdaniu, ale zdarzają się dni kiedy sama przeczyta pół książeczki i dopiero potem pozwala łaskawie tacie albo mamie dokończyć. A najlepsze są chwile, kiedy sama bierze książkę i zaczyna sobie czytać. O tak właśnie:


A starsze Futraki?
Też czytają. Książki, tygodniki i internetowe głupoty też.
Iwka książki połyka z imponująca prędkością, ja nawet nie próbuję jej dorównywać, ale bardzo nie odstaję, szczególnie od chwili kiedy pod choinką znalazłem Kindle'a. I jak się okazuje Mikołaj trafił w przysłowiową "dziesiątkę". Mam wrażenie, że czytam więcej niż w epoce książek papierowych, i jestem pewien, że czytam to na co mam naprawdę ochotę. Przedtem stojąc raz do roku przed półką w księgarni w Polsce miałem szaleństwo w oczach i smutek w sercu, że te książki tyle ważą, a do samolotu można tylko jedną walizkę zabrać. Teraz wagę książek liczę nie w kilogramach, ale kilobajtach i nie muszę w końcu czekać na kolejną wizytę w Polsce, żeby jakąś nowość upolować.
A miarą wygody Kindle'a, ale też naszej rodzinnej miłości do książek jest chyba fakt, że od kilku dni Franek przestał zastanawiać się jaki chciałby mieć tablet czy smartfon, ale postanowił zebrać kasę i kupić sobie własnie e-booka. Tym bardziej, że wszystkie lektury ma dostępne za darmo i praktycznie niemal natychmiast, a miejscowa biblioteka oferuje darmowy internet ułatwiający i zakup i wypożyczanie książek. Prawdziwy raj dla młodego mola książkowego.
No to tyle. A teraz wracam do Konstantego Willemana i wojennego świata z "Morfiny" Twardocha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz