wtorek, 26 lutego 2013

Jak jubilatka taka impreza

W poprzednią niedzielę w MegaBouce w Mooncoin (a nie w zamku pod Limerick, jak twierdzili niektórzy) Zuzka wraz z gośćmi swoimi szalała do nieprzytomności na nadmuchiwanych zamkach, baloniastych koniach, tronach rozmiaru XXXXXL i innych atrakcjach. Dodatkiem do szaleństw był mały lunch i urodzinowy tort "z królikiem", tym samym królikiem, którego głosem tata Zuzki czasami przemawia.
Przyznać trzeba, że zabawa był przednia, i nawet półgodzinne przedłużenie urodzin nie zapobiegło dąsom i płaczom na koniec. Zuzka ucieszona, obdarowana i zmęczona. Franek zmęczony równie mocno raz szaleństwami z zuzkowymi koleżankami, raz uciekaniem przed nimi.
Ogólnie taka opcja urodzinowa chyba przypadła nam do gustu. Dzieci już w takim wieku mamy, że trudno je w domu zabawić jakoś sensownie przez dłuższy czas. Gości też w takie miejsce więcej zaprosimy, niż do naszego nie tak małego, ale też niezbyt wielkiego domu. No i nie zapominajmy o tym, że sprzątanie po gromadzie szalonych 6-latków to nie przelewki, a w MegaBounce tę niezbyt przyjemną część imprezy można zostawić innym. Oprócz finansowych, same plusy.
A za rok, być może będzie jeszcze inne fajne miejsce na urodzinowe imprezy dla dzieci... Ale o tym na razie cicho sza, żeby nie zapeszyć.
A jak fajnie było w tym roku? Zobaczcie.






nie tylko najmłodsi dobrze się bawili
Za życzenia i prezenty wszystkim dziękujemy. A przede wszystkim dziękujemy za to, że byliście.

A resztę zdjęć obejrzyjcie tutaj.

2 komentarze:

  1. Wszystkiego Naj dla Solenizantki :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Popieram taką opcję całym sercem, chociaż pozornie "wali komerchą". Ale jak się dobrze przeliczy wszystkie "za" i "przeciw", to w zasadzie jedyna rozsądna opcja.

    Myśmy kiedyś zaprosili do domu, całkiem spontanicznie, około dwunastu rodzin, na trzecie urodziny naszej córy. Ponieważ urodziny miały być w niedzielę, a zaproszenia rozesłaliśmy (SMS-ami) w piątek wieczorem, liczyliśmy, że przyjedzie może 30% zaproszonych, może mniej.

    Przyjechali wszyscy.

    W dodatku niektórzy przywieźli ze sobą znajomych, jakieś ciocie, babcie, kuzynów... Imprezka w szczytowym momencie miała około czterdziestu osób, z czego najmłodszy uczestnik miał około 14 dni a najstarszy coś pod siedemdziesiątkę.

    Najzabawniejsze w tym wszystkim było nie to, że były tłumy (na szczęście dla każdego znalazło się miejsce siedzące, a dzieciaki miały osobny pokój do powariowania, jak to dzieciaki), tylko to, że wjazd do parkingu podziemnego (jedyna opcja - parkowanie na górze groziło założeniem żółtego bucika) wymagał karty czipowej, którą miałem tylko ja. A więc tak: goście przyjeżdżają, dymam z pierwszego piętra na parter, potem do parkingu na -1, otwieram szlaban kartą, goście wjeżdżają, wracam na górę, za dwie minuty dzwonią następni, że są pod domem, schodzę więc na dół, na -1, karta, szlaban, dymam na górę, za chwilę dzwonią...

    Oczywiście ci, którzy przyjechali pierwsi, również wyjeżdżali pierwsi, więc jak już przyjechali ostatni goście przyjechali, ci pierwsi zbierali się już do wyjścia.

    Podsumowanie: imprezka bardzo udana, ale spędziłem z ludkami nie więcej niż 20 minut. Resztę czasu biegałem w tę i we w tę, wpuszczając / wypuszczając auta :)

    Żonka w tym czasie głównie obsługiwała czajnik z wodą na kawę / herbatę. Reszta kwestii organizacyjnych rozwiązała się "sama" - ot, posiedzieli, pogadali, pośmiali się, zaśpiewali sto lat, i tyle. A co potem sprzątania...

    Tak więc, jeszcze raz: urodziny na zewnątrz to zdecydowanie najlepsza opcja, nawet jeżeli trzeba zapłacić ciut więcej pogłównego.

    Sto lat!

    OdpowiedzUsuń