czwartek, 16 sierpnia 2012

Nasze gierki

Są takie dni, które przechodzą do historii, są i takie, kiedy wydawałoby się, że nic ciekawego się nie dzieje, a jednak zapadają w pamięć. Może nie na zawsze, ale na długo. Są takie dni, do których chce się wracać, choć wrócić da się tylko w myślach, we wspomnieniach, czasami w zdjęciach. 
Jedną z takich chwil, do których często wracam jest wieczór kiedy pierwszy raz zagrałem w DiXit. Sześć osób na Łęgu, czyli rodzeństwo Gregorczyków plus mężowie i żona, gra na stole, wino w kieliszkach i zabawa na kilka dobrych godzin.
Ogólnie lubimy rodzinnie gry planszowe, ale mam wrażenie, że tamten wieczór to był jakiś przełom. Ogólnie gier mamy sporo w domu, ale od kiedy nabyliśmy DiXit, całą reszta najczęściej się kurzy i coraz rzadziej domaga się uwagi. DiXit ma tę niepodważalną zaletę, że możemy w nią grać z dorosłymi, z dziećmi, w parach, w grupach i zawsze jest fajna, i każda rozgrywka jest niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. W zasadzie przeważnie wystarczy, że pogoda za oknem nie sprzyja wyjściu na zewnątrz, a my mamy chwilę wolnego po obiedzie, czy przed wieczornymi obrzędami dobranocko-spaniowymi, by któreś z dzieci, albo my sami rzucili hasło: "Zagramy w DiXit?" Naprawdę rzadko się zdarza, by pytanie nie spotkało się z ogólnym aplauzem.
Gra ma jeszcze jedną zaletę. Tak naprawdę nie chodzi w niej o wygraną, tylko o granie. O to wymyślanie skojarzeń, o to obserwowanie, komu co się skojarzyło i dlaczego, o to zdziwienie, kiedy grając z dziećmi próbujemy iść śladami ich wyobraźni, o te chwile niezdecydowania, kiedy spośród sześciu kart wszystkie pasują i tryby skojarzeń zaczynają ostro pracować w głowie, o tę chwilę kiedy okazuje się, która karta jest tą właściwą. I tak naprawdę najmniej istotne w tej grze jest to przesuwanie króliczków po planszy (która sama w sobie zasługuje na całą garść pochwał), to "ściganie" się do mety, bo tak naprawdę to grać można w kółko, do upadłego, do chwili gdy miesza się już kto jest pierwszy, a kto ostatni.
I dobre są jeszcze partie kiedy gramy z kimś kto gra w DiXit pierwszy raz. Karty, które wydawałoby się znamy już na pamięć nabierają nowego znaczenia, a po pierwszych zachowawczych hasłach pojawiają się naprawdę nieźle zakręcone i dziwaczne. 
Wczoraj też grana była partyjka DiXit, Zuzka się coraz bardziej wyrabia, coraz lepsze hasła wymyśla, coraz bardziej pokrętnymi drogami jej myśli i wyobraźnia chadzają. I o to w sumie chodzi.
A już za niecały miesiąc gra będzie chyba aż furczała, bo przylatują państwo J., z którymi od dawna obiecujemy sobie liczne partie w DiXit, plus czasami jeszcze w coś innego. 
Razem z nimi wróci do nas synek nasz, już nie taki mały. Na razie jeszcze byczy się na wakacjach, zwiedza Polskę, spotyka tych i tamtych i czasami zdaje relację przez Skype'a, ale mam wrażenie, że już chciałbym nam opowiedzieć o wszystkim osobiście, przy poobiedniej herbacie, albo właśnie przy jakiejś grze.

Spostrzegawczy czytelnicy pewnie zauważyli jakie fajne kolory królików wczoraj wybraliśmy, ci mniej spostrzegawczy niech się przyjrzą. A dla wszystkich mamy pytanie konkursowe: Który królik był czyj?
Na odpowiedzi czekamy w komentarzach. A nagrodę jeszcze wymyślimy jakąś fajną.

1 komentarz:

  1. gra jest super bardzo mi sie podoba :) A krolik rozowy był Zuzi , zółty Iwy a Twój zielony :)

    OdpowiedzUsuń