piątek, 28 grudnia 2012

Wczoraj byłem na łyżwach z wujkiem i ciocią.
Tata mi kupił bluzkę z Angry Birds.
A niespodziewanie idę jutro też na łyżwy z koleżanką.
Dzisiaj może tata mi kupi bluzę z futrem żebym nie chodził w bluzie i kurtce.
 Nie mogę się doczekać do jutra ale dzisiaj było i będzie fajnie:)

wtorek, 11 grudnia 2012

Czas przez palce

Przecieka nam ten czas przez palce. I ten wielki Czas, przez który starzejemy się coraz bardziej, i ten mały czas przyziemny, który przemija niby powoli wraz z każdym dniem, a jednocześnie ciągle go brakuje.
Od powrotu z Polski minęły już niemal dwa tygodnie, a my wciąż mamy wrażenie, że to było niemal wczoraj mimo, że tyle się od tamtej pory wydarzyło. Nie mamy prawie czasu usiąść i pogadać, nie mamy czasu dla siebie, nie mamy chwili, żeby poleżeć z herbatą i książką, nie mamy wolnych godzin i minut, żeby zagrać w cokolwiek, albo chociaż posiedzieć z dziećmi.
A to wszystko przez Winterval, jedyny w swoim rodzaju festiwal, który od 30 listopada rozwija swoje skrzydła w Waterford. Nieskromnie powiem, że mamy w nim swój skromny udział. O tym udziale bardzo ładnie napisał Piotr, więc powtarzać się nie będę, a o samym festiwalu napiszę może coś więcej na jego podsumowanie.
Na razie Winterval odbiera nam czas wolny, ale daje kupę radości i satysfakcji, oraz dużo dobrych słów od ludzi odwiedzających Wioskę Świętego Mikołaja.
A poniżej krótka foto-historia festiwalowa.



A jak się rzekło, przed samym festiwalem odwiedziliśmy po raz kolejny Polskę. I po raz kolejny bawiliśmy się na weselu. I obeszliśmy wcześniejsze imieniny taty mojego. I spotkaliśmy najważniejszych ludzi w naszym życiu. I znów wyjechaliśmy z niedosytem, z wrażeniem, że te kilka dni to za mało, by wszystkie te relacje międzyludzkie utrzymać na poziomie takim jakby się chciało, że rozmowy te mimo wszystko nie sięgają tak głęboko jakby się chciało. Z jednej strony żal, że takie wizyty tak krótko trwają, a z drugiej radość, że są w ogóle.
A jak w skrócie to wyglądało? Mniej więcej tak:







Te ostatnie zdjęcia nie zwiastują tego, co wydarzyło się potem, tego losu, który nam zgotowała mgła i brak systemu ILS na lotnisku w Modlinie. Łatwo nie było, podróż dłużyła się, aż wydłużyła się o jakieś 6 godzin, ale w końcu do domu dotarliśmy.
I następnego dnia rozpoczęliśmy Nasz Winterval.

wtorek, 20 listopada 2012

Zuzkowe idolki

Dla czytelników naszego futrakowego bloga dwie piosenki ulubione córki naszej Zuzanny. Obie śpiewa, obie też "przedstawia" czyli udaje wokalistkę, udaje tancerki z teledysku, i lipę z cieniem w konarach, i rozczarowanego króla, i wogóle... Słów brak. Trzeba to zobaczyć na żywca :)
Zapraszam!
Marika została "odkryta" przez Zuzkę przy okazji nowej płyty Frenchmana, dotyczącej jego świadectwa nawrócenia, którą przywiózł Franek z Polski. Marika śpiewa tam jedną z piosenek z Frenchmanem, no i po nitce do kłębka wyłonił się muzyczny faworyt z repertuaru naszej polskiej wokalistki:



oraz inna bajka:



Płytę pani Sławy dostaliśmy od jej szfagra pana Krzyżanowskiego, który odwiedzał Polską Szkołę w Waterford.

sobota, 17 listopada 2012

Cała władza w ręce...

Dziś Franek miał okazję doświadczyć działania demokracji na własnej skórze. Jak się okazało wziął udział w wyborach do samorządu szkolnego jako... kandydat.
Zupełnie niespodziewanie dowiedzieliśmy się o tym czytając "listę wyborczą". Wprawdzie jakiś czas temu coś wspomniał, że chciałby wystartować w wyborach, ale po głębszym podrążeniu tematu okazało się, że nie ma pomysłu ani na program wyborczy, ani na plakat, ani na samorząd szkolny.
Do dziś myśleliśmy, że pomysł porzucił, ale okazało się, że jednak nie.
Teraz niecierpliwie czekamy na podliczenie głosów, ogłoszenie wyników i wieczór wyborczy. Z wiadomych sobie źródeł wiemy, że Franek otrzyma co najmniej trzy głosy, co wobec kompletnego braku jego kampanii wyborczej i całkowitego braku promocji można uznać za sukces jego ponadprzeciętnej osobowości oraz magii słynnego nazwiska  :-)
Cóż, zobaczymy czy za tydzień będziemy świętować wielki i niespodziewany sukces, czy też po cichu przejdziemy nad "porażką" do porządku dziennego. A za rok, jeśli samorządowe ambicje Franka, będą kontynuowane, zrobimy mu taką kampanię, że zagłosują na niego nawet konkurenci.

A tak pozostając w temacie wyborów... Podobno Pawlak już nie przewodniczy PSL. Koniec epoki normalnie.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Telegraf

Prawie dwa tygodnie bez pisania?? Skandal!
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że to były kompletnie szalone dwa tygodnie. Szczególnie ten ostatni.
A skoro działo się dużo, będzie w telegraficznym skrócie.
Tydzień temu pojechaliśmy do Cork. Trochę do znajomych, a trochę bardziej na konkurs piosenki, którego Iwka nieopatrznie nie wygrała, mimo że zaśpiewała ślicznie. Nie wiem czy nie dostanę po łbie jak wrzucę tutaj filmik z jej piosenkarskimi dokonaniami, więc ograniczę się do statycznego i niemego zdjęcia:

Mieliśmy wracać poniedziałkowym porankiem, ale nasi gospodarze nie chcieli o tym słyszeć. Mało brakowało a zabarykadowaliby drzwi nie wypuścili nas do wieczora. Nie to żebyśmy jakoś strasznie chcieli uciekać, ale w Waterford czekała na nas codzienna rzeczywistość i dość napięte plany.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem trochę fizycznej pracy mnie czekało, a dnia następnego Iwka z Frankiem jechali do Dublina na spotkanie z o. Adamem Szustakiem, o którego w zasadzie powinienem zacząć już być zazdrosny, ale jakoś mu się do tej pory upiekło. Może dlatego, że ciekawie opowiada, a ja lubię słuchać takich ciekawych gaduł. Niemniej Iwka z synkiem wrócili nocną porą, by już następnego dnia wstać rano i znów w codzienność wskoczyć.
Środa to małe wytchnienie. Takie tam tylko przygotowania do Winterval'u, a to jakieś dekoracje, a to jakieś spotkanie, a to tu, a to tam. I ciągle z zegarkiem w ręku, żeby nigdzie się nie spóźnić. A o samym Winterval'u czyli naszym lokalnym zimowym festiwalu napiszę osobno (czyżbym już tego kiedyś nie obiecywał? takie mam nieodparte wrażenie), bo to będzie COŚ.
I zupełnie niepostrzeżenie nastał nam czwartek, tydzień zbliżał się ku końcowi, a my w coraz większym pędzie, i jednocześnie niestety z coraz większymi glutami w nosach i coraz donioślejszym kaszlem. Tak... dopadła nas jesień, miejscowa wszechobecna wilgoć, poranne przymrozki i wieczorne chłody... i żeśmy się lekko pochorowali.
Ale bez przesady, nie na tyle, żeby nas to miało powstrzymać przed wizytą w Forum w czwartkowy wieczór. A po co, zapytacie? A po to, żeby tych panów obejrzeć:

Zdecydowanie fanem kabaretów nie jestem. Fanem kabaretu Łowcy.B zdecydowanie też nie, ale okazało się, że chłopaki zyskują znacznie w występie na żywo. Tak jak oglądając ich na YouTube, w ramach przygotowania do występu, zachwyceni nie byliśmy, tak w czwartek wyśmialiśmy jak przysłowiowe norki i jeszcze trochę. Krótko mówiąc, dali radę.
I już piątek, i koniec tygodnia, i tak zwana kumulacja. Iwka piekła cztery torty, ja dłubałem jakieś projekty i oboje szykowaliśmy się na wieczorne spotkanie polskich biznesmenów. Wiem, brzmi to strasznie poważnie, ale na szczęście takie nie było. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, trochę ponarzekaliśmy, trochę się pośmialiśmy, i dwie godziny minęły jak kwadrans. Jak się okazało, jest o czym gadać, żeby nie powiedzieć górnolotnie - "warto rozmawiać", i gdyby wszystkim pozwolić spotkanie zmieniłoby się w nocne Polaków rozmowy i nie wiadomo jak to by się skończyło.
A tak, skończyło się wspólnym zdjęciem i umówieniem się na kolejne spotkanie.
W sobotę nie było Polskiej Szkoły - huurrrraaa!!! - ale za to była wielka demonstracja w obronie miejscowego szpitala w Waterford.
O taka duża:

RTE oceniło, że było jakieś 12-15 tysięcy ludzi, co na miasto liczące 46 tysięcy mieszkańców jest liczbą niebagatelną. Nie zabrakło ani mnie, ani Zuzki, ani Franka. Iwka nie dotarła, bo nadal walczyła z choróbskiem, które zwalczyć musiała do niedzieli rano, bowiem....
....w niedzielę rano, po mszy, z okazji Dnia Niepodległości zaśpiewała mini-koncert, do którego szykowała się w tak zwanym "międzyczasie", gdzieś pomiędzy tą całotygodniową bieganiną.
Daleko w kraju szykowały się Marsze, blokady, protesty, kontr-protesty, wiece i kontr-wiece, a myśmy na spokojnie w Waterford wysłuchali sześciu piosenek, które przypomniały nam kim jesteśmy, skąd pochodzimy i poruszyły jakąś nutkę polskości szczególnie chyba wrażliwą na obczyźnie.
A potem już był tylko obiad u znajomych, odpoczynek i relaks (zakłócany nieco relacjami z popołudniowych wydarzeń w Warszawie).
Daliśmy radę. Ja nie zawaliłem żadnego terminu (chyba), Iwka stanęła na wysokości zadania, dzieci nam pomagały nie przeszkadzając i jakoś dotrwaliśmy do poniedziałku.
Ufff....

wtorek, 30 października 2012

Jak niedźwiedzie

Na półkulę północną nadchodzi zima. W Polsce pierwsze śniegi, w Irlandii pierwsze przymrozki, w Stanach jakieś potworne huragany. Niczym w naszym ulubionym serialu - "Nadchodzi zima".
A my niczym tytułowe niedźwiedzie szykujemy się do zimowych miesięcy. Zbieramy chrust (dzięki przyjaciołom), szykujemy ogrzewanie, otulamy się kocami, ogacamy chałupę... Hmmm... No dobra, z tym ostatnim to trochę przesadziłem. W każdym razie do zimy jesteśmy naszykowani.
Tyle że ta zima w Irlandii to taka na pół gwizdka jest. Ani uszu nie mrozi, ani śniegiem nie sypie, ani nawet niezbyt zaskakuje drogowców, których zresztą tutaj znacznie mniej niż w kraju rodzinnym i ze sprzętem jakoś tak słabiej.
Chociaż ostatnio kiedy sypnęło śniegiem, dwa lata temu zdaje się, wyspa stanęła sparaliżowana wobec właśnie braku drogowców i owego sprzętu. A śniegu było tyle co w przeciętnym listopadzie w Polsce. Autobusy nie jeździły, co tam autobusy, nic nie jeździło, nawet samochody zwykłe trudno było na ulicy spotkać, a jak już się spotkało to albo tańczące na lodzie (w który zmienił się śnieg po kilku godzinach), albo sunące w iście żółwim tempie, lub też próbujące ruszyć czy podjechać pod górę i wyjące silnikami na najwyższych obrotach. No i zdarzały się też samochody jadące normalnie, tylko nieco wolniej, i te okazywały się najczęściej prowadzone przez imigrantów że wschodnich rubieży Europy, gdzie śnieg zimową porą należy do normy i poruszanie się po nim nie jest umiejętnością wyjątkową.
W Irlandii śnieg to ewenement, a śnieg leżący kilka dni, nie topniejący i jeszcze padający na ten, który już leży to jakiś straszliwy koszmar i jednocześnie katastrofa narodowa. Instytucja opon zimowych tutaj nie istnieje, podobnie jak instytucja odśnieżania czegokolwiek, czy choćby posypania chodnika piaskiem. A o fakcie że sól rozpuszcza śnieg Irlandczycy może i czytali, ale raczej wzięli to za anegdotę czy kiepski żart. I dopiero kiedy zobaczyli na własne oczy skutki posypania solą śniegu czy lodu zaczęli szturm na spożywczaki, z których sól szybko wykupili razem z wodą, która zastąpiła tę z kranu, kiedy zamarzały niezabezpieczone niczym i położone pół metra pod ziemią rury wodociągowe.
Tak, kraj zatrzymał się na kilka dni, wstrzymał oddech, rozsiadł się przy buzującym kominku ze szklanką Irish Coffee pod ręką i czekał aż zima przejdzie.
I przeszła, wróciły deszcze i wiatry, a Irlandczycy chociaż nadal narzekali na pogodę to jednak chyba z jakąś taką większą sympatią patrzyli na lejące się z nieba litry wody pomiatane przez urywający głowy wicher.
A rok temu wszyscy naszykowali się do kolejnej mroźnej i śnieżnej zimy, kupili opony zimowe, łańcuchy na te opony, ciężki sprzęt odśnieżający, nawet sanki, a zima zrobiła im psikusa i była najłagodniejsza od kilku lat. Tradycyjnie padało i wiało, ale wszyscy oczekujący kolejnej katastrofy w obliczu straszliwego żywiołu mogli czuć się zawiedzeni.
A jaka będzie zima tegoroczna? Nie mam pojęcia, nawet nie chce mi się prognoz sprawdzać, i nie mam żadnego najstarszego górala, żeby go zapytać. Będzie jaka będzie. A my będziemy na nią gotowi.

sobota, 27 października 2012

Im wyższa góra tym piękniejsze widoki!

Nasza wczorajsza podróż :)


A to kilka ujęć z mamusiowego aparatu. Widok niesamowity, prawda? Gdyby przyszło Wam do głów, że weszliśmy tam na nogach, wyprowadzam z błędu. Na góre wjeżdza się autem :)


W tym gigantycznym łopianie chcieliśmy poszukać jakiegoś malucha do kompletu naszego, ale ... dzieci już w takie rzeczy nie wierzą, nie dały się wkręcić. Nie wiem nawet czy to łopian. Generalnie gigantyczne liście, łodygi jak nadgarstki. Chwilę potem udałam, że liść Franka atakuje... Mina tegoż - bezcenna :)

Habari Njema : Im wyższa góra tym piękniejsza widoki, dla dodania otuchy :)

piątek, 26 października 2012

Wagary

Zrobiliśmy sobie dziś wszyscy wagary. Dzieci od szkolnych balów straszydeł, Iwka od ciast na bazarze, a ją od pisania i szukania klientów.
A skoro wagary, to trzeba było jakoś dzień zapełnić i w domu nie siedzieć. Pogoda zachęcała co jakiś czas mrugając słońcem zza chmur i obiecując względne ciepło. Zaopatrzeni w termos z mięta i trochę suchego prowiantu wskoczyliśmy do samochodu by po 20 minutach płynąć promem na druga stronę rzeki Suir, a po kolejnych 15 wjechać do JFK Arboretum, czyli rozległego parku, gdzie zgromadzono drzewa i krzewy w niemal całego świata.
"Jesień, jesień, jesień!!", krzyczała Zuzka brodząc w liściach i biegając dookoła drzewa zaraz po wejściu do parku. Od razu widać było że jej się spodoba, Frankowi też park przypadł do gustu, szczególnie dziwaczne drzewo zwane tutaj Monkey Puzzle. Chociaż synek nasz, jak przystało na statecznego 13-latka (o wczorajszych urodzinach coś napiszę osobno), nie brodził beztrosko w liściach i nie cieszył się z każdego przejawu jesieni.
Planowaliśmy krótki spacer, ale okazało się że najdłuższa trasa wcale taka długa nie jest, tym bardziej, że mieliśmy jeden wymuszony odpoczynek kiedy pogoda straciła na chwilę humor i postanowiła podlać park drobnym deszczem.
Pod koniec trasy dzieci narzekaly na bolące nogi i ogólne zmęczenie, ale wystarczył zarys placu zabaw między drzewami by w ułamku sekundy odzyskały wigor i energię. W nagrodę za dzielny marsz pokręciły, pobujały i poskakały do woli, a my z Iwką wypiliśmy kubek mięty, zjedliśmy krakersy i suszone śliwki i poobserwowaliśmy nasze pociechy.
A potem był już tylko mały dowcip, który wspólnie wywinęliśmy Frankowi, samochodowa wspinaczka na pobliską górę, obietnica, że kiedyś musimy tam jeszcze wrócić i jazda do domu przez New Ross. Aż trochę mi głupio że to był nasz pierwszy raz w Arboretum, mimo że to tak blisko i tak fajnie.
Pewnie pierwszy i nie ostatni, bo rodzinie się podobało. Teraz tylko czekać kolejnych wagarów.

A reszta zdjęć z wagarów tutaj.

wtorek, 23 października 2012

Szkoła

Zupełnie niepostrzeżenie, oczywiście dla czytelników bloga, bo nie dla nas, minęła tydzień temu piąta rocznica powstania Polskiej Szkoły w Waterford. Aż trudno uwierzyć, że to już pięć lat od chwili kiedy mały Franek zdawał test kompetencyjny kwalifikujący go do szkoły. Dziś ten sam Franek jest już w gimnazjum a jego siostra, która w 2007 roku była maleństwem, z zapałem uczy się w zerówce, by za rok zostać pasowana na pierwszaka.
Czy to pasowanie Franek będzie oglądał jako uczeń drugiej klasy gimnazjum to się jeszcze okaże, bo coraz częściej coś mimochodem stwierdza, że może już nie chce do polskiej szkoły chodzić, że może za rok już by nie chodził. A my naciskać bardzo nie będziemy, bo od tych pięciu lat widzimy jaki to jednak jest wysiłek ten dodatkowy dzień w szkole.
Z jednej strony chcielibyśmy, żeby jak najdłużej dzieciaki uczyły się w polskiej szkole, a z drugiej wiemy, że to jednak jest obciążenie. Może dla Zuzki jeszcze nie, bo w zerówce ma na razie więcej zabawy, rysowania i ogólnie przyjemnych zajęć, niż właściwej nauki, ale dla Franka ten dodatkowy dzień i te dodatkowe prace domowe powodują wyraźne zmęczenie i czasami frustrację.
I podziwiam generalnie synka za to, że autentycznie chce mu się wstać rano (chociaż w tym roku ma luz, bo zaczyna dopiero o 11:30), spakować plecak, spędzić kilka godzin w szkole i potem jeszcze w tygodniu lekcje odrabiać.
No dobra, z tym "chce mu się" to trochę tak na wyrost. Tak naprawdę to narzeka za każdym razem, ale mimo to w sobotę rano jest gotowy i pogania nas, żeby się nie spóźnić. Bo polska szkoła to nie tylko lekcje, a nawet śmiem twierdzić, że akurat lekcje są bardzo nisko na liście priorytetów Franka.
Koledzy i koleżanki, niekoniecznie w tej kolejności, to jest to co go ciągnie w sobotni poranek do szkoły. W ciągu tygodnia rzadko ma okazję się z nimi spotkać, bo nie dość, że niemal wszyscy chodzą do innych szkół, to jeszcze duża część mieszka w innych miastach i tak naprawdę tylko ta sobota jest dla nich okazją do spotkań i pogadania.
I śmiem twierdzić, że te spotkania i pogaduchy są zupełnie inne niż z kolegami i koleżankami ze szkoły irlandzkiej. Bo i te dzieci, które chodzą do polskiej szkoły to na swój sposób dzieci wyjątkowe. Nie twierdzę, że elitarne, ale wyjątkowe. Bo już sam fakt chodzenia do tej szkoły czyni je wyjątkowymi. A do tego wiedza jaką posiądą jest na pewno bogatsza o tej, którą mają lub będą mieć dzieciaki, które soboty spędzają inaczej. Nie lepiej czy gorzej, tylko inaczej.
Tak naprawdę to trochę zazdroszczę Frankowi i Zuzce tego, że tak łatwo im przyjdzie znajomość dwóch języków (a w zasadzie trzech, jeśli doliczyć irlandzki uczony tutaj praktycznie jako język obcy - o czym należy się kiedyś osobna notka). Co więcej, ta znajomość w ich przypadku będzie pełna, bo i w mowie i w piśmie. A wbrew pozorom nie jest to wcale takie oczywiste, bo są polskie rodziny, w których dzieci zatraciły, lub nigdy nie nabyły, umiejętności pisania i czytania po polsku. A dla mnie, mimo że wiedziałem o tym z teorii, było to trochę szokujące, że dziecko mówiąc płynnie po polsku może kompletnie nie umieć w tym języku czytać i pisać.
Tych umiejętności polska szkoła też uczy, a może właśnie przede wszystkim tych, bo prawda jest taka, że nie wszystkim rodzicom chce się w domu pielęgnować język polski i regularnie uczyć dzieci pisać i czytać, nawet jeśli po polsku się w domu rozmawia (co też wcale nie jest oczywistością). I jasne jest, że sobotnia szkoła, w której dziecko uczy się zaledwie kilka godzin w tygodniu, nie załatwi sprawy, ale znacznie ją ułatwia. Znacznie pomaga rodzicom nakłonić dzieci do poczytania czasami książki po polsku, ale i do jasnego wyrażania myśli w tym języku, który za lat 5-10 wcale nie musi być pierwszym językiem tych dzieci.
Ostatnio z Frankiem rozmawialiśmy o tym czym jest ojczyzna i doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę ojczyzną można nazwać ten kraj, w języku którego się myśli i rozmawia w domu rodzinnym. Dla mnie "oczywistą oczywistością" jest to, że tym językiem jest polski, mimo tego, że czasami łapię się na myśleniu po angielsku. A skoro ja mam takie "rozterki" lingwistyczne, to jak muszą się czuć nasze dzieci, które w większości po angielsku poznają świat.
I też po to jest między innymi polska szkoła, żeby im ułatwić odnalezienie, a może raczej nie zgubienie, swoich korzeni.

A zdjęcia dzieci pochodzą z Bonmahon, z ostatniej niedzielnej wycieczki.

czwartek, 18 października 2012

Popolitykujmy

Kilka dni temu jechałem ze znajomym w dłuższą drogę i była okazja do pogadania o tym i owym. Takie trochę "nocne Polaków rozmowy" tyle że rano i w samochodzie, więc bez procentów.
Tematów było dużo, ale oczywiście w końcu zeszło na politykę. Bo jakże by to było tak bez polityki w polskim gronie. A skoro polityka to wiadomo... narzekanie i psioczenie na polską, pożal się Boże, klasę polityczną, która z klasą to może ma wspólną jedynie nazwę, ewentualnie konto na "Naszej Klasie". I tak w trakcie głośnego zastanawiania się nad powodami obecnego spsienia, czy mówiąc delikatniej, zepsucia sceny politycznej skrystalizowała mi się taka myśl, która od dawna chodziła mi po głowie. Padło pytanie znajomego, dlaczego w latach 20-tych wszystkie, lub niemal wszystkie ważne partie potrafiły jako tako współpracować dla dobra Polski, a teraz wszyscy skaczą sobie do gardeł i wyrywają co się da ze wspólnego dobra. I wtedy zrozumiałem, dlaczego dziś w Polsce politycy zajmują się nie tyle Polską i jej dobrem, a wymiernymi wartościami w postaci swoich portfeli i kont bankowych.
Sprawa wydaje się prosta. W latach 20-tych nie za bardzo mieli co kraść, bo po kasa nowego państwa świeciła pustkami i gdyby te "grosze", które w niej jeszcze były zostały rozkradzione, lub mówiąc delikatnie, wyprowadzone do prywatnych kieszeni, Polska zwyczajnie by nie przetrwała, nie byłaby w stanie obronić się przed bolszewickim najazdem ze wschodu i rosnącym zagrożeniem z zachodu, nie byłaby w stanie nawet powstrzymać narodowościowych ruchów odśrodkowych. I wydaje mi się że rozumieli to Piłsudski z Witosem i Dmowskim, i mimo dzielących ich różnic potrafili jakoś się dogadać, by to państwo jednak przetrwało. Sprowadzając to do najprostszych pojęć, Polska była dla nich najważniejsza. Czy chodziło im o to by była silna i rosła na chwałę, czy tyko o to żeby w budżecie było dużo pieniędzy które można podzielić między swoich, to sprawa drugorzędna. Im mimo wszystko chodziło o Polskę.
A dziś? Cóż, czy naprawdę mam wyjaśniać? Czy rozrastająca się z roku na rok administracja i coraz to nowe rządowe instytucje (czyt. fuchy dla rodziny i znajomych), czy rosnące wydatki na utrzymanie prawdziwej armii urzędników (znacznie liczniejszej niż ta prawdziwa armia), czy utrudnianie zwykłego życia prostym obywatelom i ułatwianie wszystkiego "swoim" pozwalają sądzić, że politycy w Polsce jeszcze pamiętają o Polsce i obywatelach tego kraju? Śmiem twierdzić, że nie.
I celowo nie piszę o żadnej konkretnej partii, bo dla mnie cała klasa polityczna jest zepsuta do cna, a uzdrowić ją może chyba tyko radykalna zmiana systemu. Oby taka nastąpiła jak najszybciej, oby wyszła temu kraju na dobre i oby nie było za późno.

czwartek, 11 października 2012

Tort

Jeszcze wracając do tematu urodzin. Taki tort jak poniżej zgotowała mi rodzina wspólnymi siłami. Iwka wykonała ciasto (plus nadzienie jabłkowe) a dzieci ozdobiły i podały że świeczką.
A już za dwa tygodnie kolejna okazja do świętowania. Tym razem synek Franek swoje urodziny obchodzić będzie. Już trzynaste. I wcale nie pechowe, a wręcz takie wprowadzające w wiek dojrzalszy, bo dojrzały to jeszcze jednak nie.
Chociaż chłop jak dąb rośnie, to jednak czasami w głowie jeszcze dziecinne myśli krążą, jeszcze do dojrzałości i dorosłości brakuje. Ale powoli, powoli wyrośnie na ludzi.
I doskonale zdaję sobie sprawę że to wyrośnięcie to będzie nie taka łatwa sprawa i nie lada wyzwanie dla rodziców. Bo chociaż coraz mniejszy wpływ mamy ma to co Franek robi i kim będzie to jednak jeszcze ciągle my, rodzice, go kształtujemy, to jeszcze ciągle my kładziemy mu do głowy jakieś mądrości i rady życiowe, z których miejmy nadzieję kiedyś skorzysta, mimo że na razie traktuje je niczym banialuki i bajki jakieś. Jeszcze ciągle my mamy szansę, a nawet obowiązek nauczyć Franka jak sobie radzić w życiu, jak postępować, jak traktować ludzi i jakim być człowiekiem.
Ja sam mam w głowie jeszcze wiele zdań usłyszanych od rodziców w różnych okolicznościach, na różnych etapach swojego życia i wciąż wiele z nich pamiętam jak dziś, wiele z nich ciągle "doradza" mi co robić w chwilach niepewności. Mam nadzieję że i Frankowi coś zostanie w głowie z tych naszych mądrości wciskanych mu do głowy, ale nie mam złudzeń, że będzie się nas słuchał bezkrytycznie i żadnych błędów nie popełni. Oczywiście, że popełni, i oby tylko czegoś się na nich nauczył, oby na marne nie poszły.
I tego będę mu życzył za dwa tygodnie, kiedy z kolegami i koleżankami będzie na urodzinowe kręgle leciał  :-)


wtorek, 9 października 2012

Dobranoc

Tak trochę przewrotnie z tym tytułem, ale w sumie pora taka, że niektórzy pewnie spać idą. Na przykład dzieci nasze własne. Ułożone już w łóżkach, wyciszone na noc, zaopatrzone w życzenia kolorowych i wesołych snów.
A rodzice dzieci owych? Zaraz zaczną wieczorne harce, czyli zaparzą herbatę, usiądą przed komputerem i obejrzą jakiś serial. Że niby nuda? Że jak stare dziadki?
A może my już stare dziadki jesteśmy? Może już nam się nie chce szaleć po nocach i harcować do rana? Może właśnie spokoju w tym wieku trzeba?
Kilka dni temu zupełnie niepostrzeżenie zbliżyłem się jeszcze bardziej do magicznej granicy 40 lat. Nie wiem, czy bardziej mnie to przeraża czy śmieszy. Kiedyś myślałem, że w tym wieku będę skłaniał się powoli ku końcowi i niczego już nie będę oczekiwał od życia. Teraz sam widzę, że myliłem się okrutnie, że jeszcze wiele przede mną (oby), jeszcze mam na co czekać, czego się spodziewać, a jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, że czasu coraz mniej, a ten, który mi został coraz szybciej przecieka przez palce i coraz trudniej go okiełznać. Zatem trzeba zagęszczać ruchy, jak to się mówi w pewnych kręgach. Trzeba brać się do roboty, żeby ci młodzi, chociażby ci, którzy śpią za ścianą nie wyprzedzili człowieka w połowie drogi.
Pomysłów ciągle pełna głowa, tylko coraz mniej energii i czasu, żeby wszystkie realizować. Dlatego chyba nadszedł czas na zebranie się w sobie, postawienie sobie jasnych celów, wybranie tych osiągalnych, a porzucenie tych, które są nierealne.
A jednym z tych pierwszych będzie większa regularność z jaką będę tu zaglądał i pisał. Osiągalne to jest, wystarczy tylko tego wieczornego lenia pokonać. A jak dziś się przekonałem, nie jest zbyt wymagającym przeciwnikiem.
Zatem poproszę o doping, chociaż i bez niego dam radę  :-)

poniedziałek, 24 września 2012

6 lat później...

6 lat temu była niedziela i był to ostatni dzień wakacji dla Franka. W poniedziałek poszedł do nowej szkoły, poznał nowych kolegów i koleżanki, a my w lekkim stresie zastanawialiśmy się jak to będzie, jak sobie poradzi, jak chociażby się porozumie, bo przecież szkoła była irlandzka, a Franek prawie słowa po angielsku nie umiał. Oczywiście okazało się, że sobie poradził, po kilku godzinach wyszedł z klasy z uśmiechem i następnego dnia chciał wracać. No i do dziś nie wiemy kto przeżył większy stres, my czy on.
Tak w skrócie wyglądał jeden z tych naszych "początków", kiedy 6 lat temu stawialiśmy pierwsze kroki na irlandzkiej ziemi jako imigranci. Ten właśnie dzień często mi się przypomina, kiedy teraz z tej samej klasy, w której Franek zaczynał przygodę ze szkołą w Irlandii, obieramy Zuzkę. Wtedy siedziała jeszcze w brzuchu u mamy zupełnie nieświadoma swojej przyszłości.
Podobnie zresztą i my tej przyszłości byliśmy nieświadomi, nie mieliśmy pojęcia o tym co będziemy robić, gdzie nas rzuci los i jak się potoczą nasze emigranckie losy. Nie mieliśmy pojęcia, no bo i skąd, że za 6 lat, zamiast zgodnie z planem już od roku siedzieć w Polsce, będziemy otwierać własne małe firmy, planować dzieciom przyszłość tutaj na irlandzkiej ziemi (choć z tymi planami to wiadomo jak jest), działać na rzecz lokalnej społeczności, poznawać nowych ludzi, kończyć tutaj szkoły i szukać coraz to nowych miejsc do obejrzenia, zwiedzenia i pokazania dzieciom.
Nie mieliśmy pojęcia, nie planowaliśmy aż tak daleko kiedy pod koniec września 2006 lądowaliśmy w Cork. Mieliśmy oczywiście jakiś zarys planu, żeby po pięciu latach wrócić do Polski, ale jak widać plan ten zweryfikowało życie i na razie na częste pytania rodziny czy znajomych "Kiedy wracacie?" odpowiadamy zgodnie, że nie wiemy. Już nie planujemy, chociaż czasami pytamy się nawzajem, czy to na pewno tutaj jest nasze miejsce, czy dobrze robimy, że tutaj jesteśmy. Póki odpowiedzi na oba pytania będą twierdzące, póty zostaniemy.
6 lat później w Knock
Na razie szukamy dla Franka gimnazjum a dla mnie nowych klientów. Na razie zajmujemy się "tu i teraz", chociaż oczywiście nie jest tak, że porzuciliśmy myślenie o przyszłości, o naszych bliskich, którzy zostali w Polsce. Myślimy o was codziennie, tęsknimy równie często, i równie często chcielibyśmy was widywać, albo chociaż słyszeć, dowiadywać się co u was, jak wam się życie plecie, co ważnego się wydarzyło, albo chociaż co jedliście dziś na obiad.
Często mam wyrzuty sumienia, że nie podtrzymuję tych wszystkich kontaktów, które są ważne i cenne. Często wydaje mi się, że będąc bliżej byłoby łatwiej i szybciej. I niezmiennie od sześciu lat dochodzę jednak do wniosku, że nie wiem, i nigdy nie będę wiedział "co by było gdyby...", więc szybko porzucam to myślenie i wracam do "tu i teraz".
A ci co mają być blisko, będą blisko bez względu na wszystko. Ci co mieli odejść, odeszliby pewnie bez względu na fizyczne odległości. Wszystko jest tak jak miało być, nawet jeśli nie idzie zgodnie z naszym planem.
Bo plany są od tego, by je korygować i dostosowywać do rzeczywistości, tak jak my korygujemy i dostosowywujemy nasz od 22 września 2006 roku.

niedziela, 23 września 2012

W sobotę minęło sześć lat jak wylądowaliśmy w Irlandii.
Dzień refleksji. A calutki spędziliśmy na pielgrzymce do Knock.
Relację napisze profesjonalista - student roku, i mój mąż osobisty :)

sobota, 8 września 2012

Wakacje

Za godzinkę będziemy sie rozpakowywać w wynajętej chatce nad oceanem. W nocy, grubo po północy dotrze, daj Boże! Krzysiek z szóstką wytęsknionych Człeniów z Polski ! :) Zapowiada się wyluzowany, rodzinny tydzień.
Po tym całym remoncie, zakończonym wczoraj, i dzisiejszym ukropie sprzątania-pakowania-zakupowania-i-szkoła-w-międzyczasie, to ja jestem definitywnie wykończona.
Dom zostawiamy ogarnięty i daleko mu do połysku tym bardziej wysokiego, to co nie na swoim miejscu czy jeszcze w kartonie przecież nie poucieka!
Trudno mi ukryć ekscytację wyjazdem na tydzień, bo to niecodzienne, ba! niecoroczne wydarzenie.
Klamotów niesamowicie dużo, choć przecież można zawsze po zapomnianą rzecz podjechać do domu, wszak wakacjujemy osiemnaście kilometrów od domu. Samochodem 20 minut, piechotą trzy i pół godzinki.
Papaaaaaaaaaaaaaa!

czwartek, 6 września 2012

Już wrzesień...

Miałam porządnie posprzątać przed przyjazdem gości, ale tak NAPRAWDĘ porządnie, a w czwartek okazało się, że zadecydował nasz landlord o wymianie koloru ścian, wykładzin, chatki ogrodowej, logówki i jeszcze paru drobiazgów. W sobotę rano zabraliśmy się więc z mężyną i Dobrymi Ludźmi do pomalowania. Stan na chwilę obecną to brakuje nam do 100% założeń - pomalowania pokoju Zuziny. Przeżyliśmy malowanie, wymienianie. Dopisywały nam siły, i Dobrzy Ludzie i podarunek istotny przy tym rwetesie jakim jest pogoda. Jest cudne lato, można by rzec, że w końcu nadeszło. Lipiec był najzimniejszy od ... trzydziestu ponad lat, a zsumowane temperatury wakacyjne najniższe od lat dwydziestu sześciu.

Także, jeszcze dnia półtora doczyszczając domowe pielesze, dopierając firany i kapy i....... wizuuuuu wakacje zaczynamy i Janiczki przylatują i synek!

I wyrażam niezwykłe zaskoczenie dla dedykacji mojego męża. Rozumiem to jako pochwałę mojego kursu, i obrania dobrego celu. Pomimo śmieszności, pomimo ostracyzmu towarzyskiego jakiego doświadczaliśmy, pomimo kilku pułapek i manipulacji rodem z podstawówkowych klas, pomimo kontrowersji co do poglądów, pomimo plotek z chorych głów. Ot, takie życie - sztomy i burze, zdrady, i odkrycie fałszu. A rozeszło się o to, że nie każdemu pasuje latarnia i to jaką "wskazuję innym drogę". Przecież nie ludziom chcę się podobać! :P
Niesamowicie dobrana piosenka :)
Dzięki kochanie!

Łatwo jest być dumnym,
gdy wszystko idzie dobrze
gdy każdy się uśmiecha,
a w górze świeci słońce,
ale bitwa nadchodzi
morze czerwone od krwi
okręty idą na dno
następny możesz być Ty
tak trudno mówić prawdę,
która kogoś rani
gdy w oczach widzisz strach
a Wasze serca krwawią,
ale gdy przemówią działa
gdy ołów przetnie powietrze
musisz mieć za plecami
 ludzi twardych i pewnych

Łatwo jest mieć nadzieję,
gdy wszyscy klepią Cię w ramie
gdy jesteś bohaterem
i każdy jest Twoim bratem,
ale zdrada gdy nadciąga,
gdy maske zdejmuje wróg
wszystko zaleją falę,
a morze zmieni się w grób
tak trudno zgodzić się z losem,
który jest nam pisany,
gdy wiesz, że może już jutro
w grobie złożą Twoje ciało,
ale nie martw się bracie
nigdy nie przejmuj się
ważny jest honor i duma,
a nie przeklęta śmierć





czwartek, 23 sierpnia 2012

Iwko, moja Iwko!!

Dziś pani małżonka Iwka, po raz kolejny świętowała swoją osiemnastkę, po raz kolejny udowodniła, że wiek się jej nie ima.
Na urodziny o poranku dostała "Sto lat" odśpiewanie na dwugłos córkowo-tatowy (jakże nam brakowało głosu Franka), stos buziaków i do tego prezent, którym mam nadzieję sama się pochwali.
Muszę się wam przyznać, że cudnie jest mieć taką żonę. Ci co mają wiedzą dlaczego, ci co nie mają, oby się przekonali.
Dziś tak zupełnym przypadkiem przeczytałem artykuł o żonach polityków, tych z górnej półki, nie tych którzy politykują w Polsce. Artykuł o tym jakim wsparciem dla polityka jest dobra żona, jakim skarbem jest na codzień i jakim towarzyszem musi być w chwilach najtrudniejszych. I choć politykiem nie jestem, i od polityki stronię, to akurat te cechy dobrej żony widzę i w dzisiejszej jubilatce.
Cóż, może czas pomyśleć nad zmianą branży?
A tak poważnie to jeszcze mały prezent, a raczej dedykacja dla Iwki. Wprawdzie muzycznie to nie jej styl, ale te słowa to jakby do niej pisane. Ode mnie.


Jeszcze raz, wszystkiego dobrego, lepszego i najlepszego :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Nasze gierki

Są takie dni, które przechodzą do historii, są i takie, kiedy wydawałoby się, że nic ciekawego się nie dzieje, a jednak zapadają w pamięć. Może nie na zawsze, ale na długo. Są takie dni, do których chce się wracać, choć wrócić da się tylko w myślach, we wspomnieniach, czasami w zdjęciach. 
Jedną z takich chwil, do których często wracam jest wieczór kiedy pierwszy raz zagrałem w DiXit. Sześć osób na Łęgu, czyli rodzeństwo Gregorczyków plus mężowie i żona, gra na stole, wino w kieliszkach i zabawa na kilka dobrych godzin.
Ogólnie lubimy rodzinnie gry planszowe, ale mam wrażenie, że tamten wieczór to był jakiś przełom. Ogólnie gier mamy sporo w domu, ale od kiedy nabyliśmy DiXit, całą reszta najczęściej się kurzy i coraz rzadziej domaga się uwagi. DiXit ma tę niepodważalną zaletę, że możemy w nią grać z dorosłymi, z dziećmi, w parach, w grupach i zawsze jest fajna, i każda rozgrywka jest niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. W zasadzie przeważnie wystarczy, że pogoda za oknem nie sprzyja wyjściu na zewnątrz, a my mamy chwilę wolnego po obiedzie, czy przed wieczornymi obrzędami dobranocko-spaniowymi, by któreś z dzieci, albo my sami rzucili hasło: "Zagramy w DiXit?" Naprawdę rzadko się zdarza, by pytanie nie spotkało się z ogólnym aplauzem.
Gra ma jeszcze jedną zaletę. Tak naprawdę nie chodzi w niej o wygraną, tylko o granie. O to wymyślanie skojarzeń, o to obserwowanie, komu co się skojarzyło i dlaczego, o to zdziwienie, kiedy grając z dziećmi próbujemy iść śladami ich wyobraźni, o te chwile niezdecydowania, kiedy spośród sześciu kart wszystkie pasują i tryby skojarzeń zaczynają ostro pracować w głowie, o tę chwilę kiedy okazuje się, która karta jest tą właściwą. I tak naprawdę najmniej istotne w tej grze jest to przesuwanie króliczków po planszy (która sama w sobie zasługuje na całą garść pochwał), to "ściganie" się do mety, bo tak naprawdę to grać można w kółko, do upadłego, do chwili gdy miesza się już kto jest pierwszy, a kto ostatni.
I dobre są jeszcze partie kiedy gramy z kimś kto gra w DiXit pierwszy raz. Karty, które wydawałoby się znamy już na pamięć nabierają nowego znaczenia, a po pierwszych zachowawczych hasłach pojawiają się naprawdę nieźle zakręcone i dziwaczne. 
Wczoraj też grana była partyjka DiXit, Zuzka się coraz bardziej wyrabia, coraz lepsze hasła wymyśla, coraz bardziej pokrętnymi drogami jej myśli i wyobraźnia chadzają. I o to w sumie chodzi.
A już za niecały miesiąc gra będzie chyba aż furczała, bo przylatują państwo J., z którymi od dawna obiecujemy sobie liczne partie w DiXit, plus czasami jeszcze w coś innego. 
Razem z nimi wróci do nas synek nasz, już nie taki mały. Na razie jeszcze byczy się na wakacjach, zwiedza Polskę, spotyka tych i tamtych i czasami zdaje relację przez Skype'a, ale mam wrażenie, że już chciałbym nam opowiedzieć o wszystkim osobiście, przy poobiedniej herbacie, albo właśnie przy jakiejś grze.

Spostrzegawczy czytelnicy pewnie zauważyli jakie fajne kolory królików wczoraj wybraliśmy, ci mniej spostrzegawczy niech się przyjrzą. A dla wszystkich mamy pytanie konkursowe: Który królik był czyj?
Na odpowiedzi czekamy w komentarzach. A nagrodę jeszcze wymyślimy jakąś fajną.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Sobota, imieniny kota

Nadal dziś było lato. Lipiec tu meterologicznie podsumowano jako najzimniejszy od lat... dwudziestu czy nawet dłużej jakoś (Fu będzie wiedział, to sprostuje). Acz kilka chwil spędziłyśmy z córcią na naszym skrawku trawnika, wygolonego przez Tomsona. Mama straszyła słońce a córka oddawała się nowej pasji : ozdabia polityków brodami, kłami, katarem, okularami... Uważam Rze ciekawiej wygląda.
Zachmurzenie potem wykorzystano na prace w domu i w zagrodzie. Tata-Fu wypucował brykę a dziewczyny uszykowały(-śmy) wałówkę na niedzielna wyprawę.hm, w sumie czy wałówka (....północ wybiła! I to dosłownie! Dzwony słyszę!... to cidopiero!) to od woła nazwę wzięła? Jak tak, to prowiant niewołowy, i nie suchy bynajmniej.
Czas powrotu znajomych z wakacji więc wyskok popołudniowy był, a wcześniej pieklysmy guziki: połowę w gościnę i połowę wyjazdową.
Jutro będziemy w środku Irlandii. I takim na mapie i takim ... duchowym. Żeby ducha nie gasić, trzeba dokładać ciągle nieustannie do pieca :) Lepszy bowiem gorący.
Niniejszym dobranoc.

A! I nie podoba mi się pisanie z telefonu ... Nie mogę się ...rozwinąć, tekstu nie widzę, słownik mi wklikuje inne słówka niż ja chce. Na krótkie nitki jak najbardziej, facebookowe wrzutki itd. Na bloga klasycznej klawiatury i ekranu trzeba.

Published with Blogger-droid v2.0.6

czwartek, 9 sierpnia 2012

Małe wakacje




To niezwykle! Taki dzień nie zdarza się tutaj zbyt często. Już wczoraj czytaliśmy o zbliżającej się ... Anomalii. No w sensie o pogodzie, bezchmurnym niebie i słońcu. Także spielismy się dość mocno by po obiedzie wybrać się na plaże do Dunmore E. A tam morze płaskie jak jezioro, piasku po pachy, słońce takie że tylko blokerem dzieciuki smarować. Cudo. Oczywiście jak jest się tam, a nie odwiedza klientów, co do południa robił tata-Fu. Advertisiowe sprawy wymagają pchania, to więc popychamy. Ku sukcesowi. Przydałby się handlowiec jakiś, rzutki i wygadany tubylec, za prowizje lub przez FAS wyczarowany na staż , jak ja dla nieruchomościowej agencji rok temu.
Zuzce brat się śni, że wraca, a on przecież dopiero za miesiąc. No i wtedy to zaczniemy wakacje. Z Janikową piątką.
Published with Blogger-droid v2.0.6

środa, 8 sierpnia 2012

Słodko mi

Po naszych gościach którzy przyjechali na Spraoi oprócz zdjęć i wspomnień zostały nam Skarby Ula: miód spadziowy i wielokwiatowy, to co Krzysio-Misio z reszta misiów lubi najbardziej. Jako ze jest to jedyny pokarmek nieroslinny jaki jemy, tym bardziej jesteśmy radzi że wiemy z jakiej przyjaznej pasieki pochodzi. Miodzio!

A ten krótki wpis o miodzie z załącznikiem ww to wpis eksperymentalny z blogera androida, czyli pisany na komórce w wersji "leżocha kanapowa".

A! i za 40 centów nabyłam byłam jabłuszko-pojemnik na miodek "doraźny".
Poza tym środa jak i każdy dzień emocjonująca, a przemyślenia kipią,
tylko czy czytelnicy odporni?

Kris na Placu Czerwonym ! :)



W Spraoi można było także znaleść się po drugiej stronie :)
Corocznie, do tego wyrywał się Franek, ale w tym tata postanowił go zastąpić (nooo z małą pomocą mamy).

I co? Odchwaszczamy bloga? Zagląda tutaj ktoś?

Spraoi i Advertisie

Znów nam blog zarasta chaszczami i sitowiem. Tak to jest jak się nie pielęgnuje i nie dba. Nie piszemy głównie dlatego, że notorycznie czasu brakuje. A to coś trzeba zrobić, a to coś załatwić, a to do kogoś pojechać, a to kogoś przyjąć... i tak zlatują dni, tygodnie, żeby nie powiedzieć miesiące.
A blog zarasta chwastami i pielić ich nie ma komu...

A tymczasem w ostatni weekend zawitał do Waterford doroczny Festiwal Spraoi. Jak zwykle schodziliśmy się po mieście, jak zwykle nogi bolały i jak zwykle dobrze się bawiliśmy. Nawet zapowiadane deszcze nie popsuły zabawy, bo odpuściły, przeszły bokiem i zdecydowały się spaść gdzieś indziej.
W skrócie wyglądało to tak:








Wszystkie zdjęcia tutaj, ewentualnie można obejrzeć kawałek festiwalu w obrazkach ruchomych:



A co poza Spraoi?

Franek wypoczywa na wakacjach w Polsce. Dziadki, babcie, ciocie, wujki i kuzynostwo go absorbują i zabawiają wożąc na wycieczki i wczasy. Fajnie chłopak ma, nie? 
Sam bym na takie wakacje się pisał gdyby nie to, że teraz oprócz Zuzki mam do doglądania jeszcze jedno dziecko, takie trochę wirtualne, choć jak najbardziej realne. Nazywa się Advertis i jest małą firmą, która na razie usilnie szuka nowych klientów chcących zamawiać ulotki, plakaty, wydruki i reklamy w cenach iście konkurencyjnych i takowej jakości.
Poza tym zupełnie niepostrzeżenie minął półmetek wakacji i za trzy tygodnie powrót do szkoły. Zuzka idzie do Senior Infants i jest dumna z tego niesamowicie. Franek z lekkim opóźnieniem pójdzie do ostatniej klasy podstawówki w szkole irlandzkiej i do pierwszej gimnazjum - w polskiej. A my z Iwką usiądziemy i znów się będziemy zastanawiać gdzie się podziały te lata i jak to jest, że te dzieci tak szybko rosną.

piątek, 1 czerwca 2012

Teatralne dzieci nasze

Od dawna zbierałem się, żeby napisać coś o naszych aktorskich pociechach, o tym jak to nasze dzieci grają, zbierają oklaski, wzruszają i śmieszą publiczność. Od dawna się zbierałem i zebrać nie mogłem. Blog ogólnie zarósł chaszczami i zasypał się gruzem, więc czas zainicjować akcję odchaszczania i odgruzowywania i nadrobić zaległości.
Akurat czas temu sprzyja, bo aktorskie popisy zakończyły się do września, dzieci mają odpoczynek, nabierają sił na kolejne kreacje i kolejne sukcesy.
A tak w skrócie o co chodzi?
Franek i Zuzka od kilku lat chadzają na warsztaty teatralne. Starszy brat do Polonijnego Teatru Młodzieżowego "Deska", a młodsza siostra do Dziecięcej Grupy Teatralnej "Mini Mini". Skutkiem warsztatów są przedstawienia, w których dzieci nasze biorą udział. I to jeszcze jaki udział.
Oficjalne wrażenia z Frankowych występów tutaj:
http://waterpol.org/index.php/component/content/article/1-aktualnosci/1087-kulturalna-qnasza-klasaq-w-waterford
i tutaj:
http://waterpol.org/index.php/component/content/article/1-aktualnosci/1153-artyci-z-waterford-na-dniach-kultury-chrzecijaskiej-w-cork

A nieoficjalnie cóż mogę powiedzieć...
Jako rodzic pękam z dumy widząc dzieciaki na scenie, wzruszam się kiedy niczym prawdziwi aktorzy poruszają wszystkich widzów swoją grą, śmieję się kiedy odgrywane sceny śmieszą całą publiczność i staram się najgłośniej bić brawo kiedy kłaniają się na koniec.
Brak mi czasami słów, żeby opisać to co czuję. To trzeba zobaczyć.

A jak to wygląda?
O tak!
Premiera "Naszej Klasy" w Waterford Youth Arts
Franek jako Ananiasz





Tegoroczne "Jasełka"
Zuzka jako Pasterka 
(a nie Plasterka, jak mówiła na początku)





"Nasza Klasa" w Cork
Franek ponownie jako Ananiasz





"Jezus Żyje" na Festiwalu Kultury Chrześcijańskiej w Cork
Franek jako "Mąż"
wzruszył mnie prawie do łez... takiego starego konia... naprawdę do tego trzeba mieć talent



"O żabce, która miała marzenie" w Waterford
Zuzka jako żabka (ale nie ta z marzeniem)







Pękający z dumy rodzice (widać jak pękamy?) z małymi aktorami