poniedziałek, 20 czerwca 2011

wróceni

Tak żeby był porządek. Dolecieliśmy też w drugą stronę. Jesteśmy już w domu, chociaż w stanie umniejszonym o Franka. Synek został w Polsce na wakacje, na szczęście nie całe, bo już nam tęskno za nim.
W Irlandii wyraźnie chłodniej i nadal się sprawdza stara maksyma: "Dzień bez deszczu to dzień stracony". Oby jutro nie lało, bo czeka nas demolka, czyli wymiana okien.
A tak w telegraficznym, zdjęciowym skrócie wizyta w Polsce wyglądała tak:
Relaks w Ustanówku

Teścia urodziny w Radomiu



Ślub i wesele w Wielogórze


Zabawy w Radomiu


"Wsi spokojna, wsi wesoła..."

Więcej wrażeń i zdjęć już wkrótce.

czwartek, 9 czerwca 2011

dolecieliśmy

Będzie w telegraficznym skrócie.

Dolecieliśmy z Dublina do Łodzi. Przedtem autobus dowiózł nas z Waterford a potem tata przewiózł do Ustanówka. W sumie jakieś 12 godzin na siedząco, ale warto było.
Polska przywitała nas ciepło, ale nie upalnie. A nawet jeśli jakiś upał się przytrafił przez chwilę, szybko był łagodzony przez staw zamieniony w basen i chłodną wodę w nim.

Do tego oprócz rodziców mam też na miejscu siostrę z mężem, więc rodzina w komplecie. Za nami widzenie z Janikami i Gregorczykami młodszymi i starszymi. Przed nami wesele i zabawa na sto dwa.

sobota, 4 czerwca 2011

szykujemy się

Powoli się szykujemy na wyjazd do Polski. Tak, znów lecimy na wesele. Tym razem kuzynki Iwki. Znów będzie hucznie i wesoło.

Kilka drobiazgów zakupionych, jakieś przygotowania zrobione, kilka rzeczy zapomnianych, ale trudno... bywa. Jeszcze tylko weekend z pożegnalnym grillem u znajomych, potem odpoczywanie w poniedziałek i w nocy ruszamy najpierw ku Dublinowi, a potem ku Polsce.
Pewnie coś napiszemy jak znajdziemy chwilę.

A jeszcze w ramach przygotowań dziś zgarnęliśmy kilka biletów na koncerty z okazji zlotu żaglowców w Waterford. Myślałem, że będzie trudno i tłumnie, okazało się, że faktycznie tłumnie było, ale też sprawnie. W 10 minut po otwarciu kas miałem w garści komplet biletów na wszystkie koncerty. Dwie godziny później po kilku tysiącach biletów nie było śladu.

A że pogoda i humory dopisywały, Iwka pozwoliła sobie na odrobinę luksusu i kupiła nam 10 truskawek. Jedna z nich wyglądała tak:
Smakowały wyśmienicie, ale cena nie zachęcała do dalszej degustacji. Poczekamy na te, które może już będą w Polsce.

Aha... jak widać na obrazku powyżej, pogoda też zdecydowała się nas przygotować na polskie upały, bo od dwóch dni jest słonecznie i gorąco. Dobrze, że dziś aura zdecydowała się nie przesadzać z tymi przygotowaniami i zapodała też wiaterek, który przyjemnie wszystkich schłodził. Na tyle przyjemnie, że zaraz chyba z niego skorzystam leżąc pod naszym baldachimem :)