sobota, 2 kwietnia 2011

przyjszła wjosna :)

Zawitała do nas już na stałe i na poważnie. I to jakiś czas temu, ale dziś tak naprawdę poczuliśmy to na własnej skórze. Ubrani tylko w bluzy godzinę spędziliśmy na placu zabaw. Słońce przygrzewało, wiatr lekko chłodził, pączki na drzewach się zieleniły... irlandzkie dzieci świeciły gołymi stopami, to zdecydowany znak, że już wiosna.
Zuzka objeździła park na rowerku i przy okazji udowodniła, że pora go wymienić na większy. Franek biegał za piłką. A ja spokojnie, statecznym krokiem próbowałem tę dwójkę opanować i złapać w obiektyw. Skutki tego łapania zobaczycie dopiero w poniedziałek, bo dała się we znaki moja skleroza i aparat zostawiłem u znajomych, u których grzaliśmy się herbatką po harcach parkowych.
Skutkiem tego aktywnego popołudnia jest ekspresowe uśpienie dzieci i jakieś dwie godziny ciszy, spokoju i nudy, bo Iwka tymczasem robiła klabing w Dublinie, czyli spotykała się z Klubem Gazety Polskiej, oglądała jakiś film i zawzięcie dyskutowała na tematy różne. Teraz wraca już i mam nadzieję jeszcze przed północą ją zobaczyć i usłyszeć relację.
A na razie uciekam wymyślić co robić przez kolejne 120 minut :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz