wtorek, 22 lutego 2011

w dziurze

Tak, tak, wiem... Dawno nie pisaliśmy nic, ale swoje powody mieliśmy. Bo generalnie ciągle coś, a to jedno a to drugie, a to trzecie. No i oczywiście mieliśmy ważnych gości. Najpierw na rekonensans zleciała moja własna osobista siostra z mężem, a potem na teren już rozpoznany przybyli rodzice i dziadkowie w jednej osobie.
Ale po kolei... Jako że zaległości są spore, będzie w telegraficzno-obrazkowym skrócie.
W niedzielę z państwem Batura wybraliśmy się do dziury w ziemi, czyli Dunmore Cave.

Wejście robi niezłe wrażenie, a potem jest już tylko lepiej. Do środka prowadzi ponad 700 schodów, po których najpierw musieliśmy zejść, a potem - napełnieni wrażeniami i nieco zmoczeni kapiącą zewsząd wodą - wejść. I tutaj wielkie gratulacje dla najmłodszej speleolożki (jest takie słowo?), Zuzanny, która dzielnie maszerowała w górę i w dół, i w drodze powrotnej zrobiła tylko 3 postoje, co na jej małe nogi jest niezłym osiągiem.

W środku stalaktyty, stalagmity, zakamarki i takie widoki, że czasami trudno było uwierzyć. A najlepszy widok był po zgaszeniu świateł w najniższej części jaskini. Widok czerni. Widać było dokładnie NIC. Oczy same szukały jakiegoś punktu zaczepienia, czegokolwiek, ale nie było nic poza czarnością.

Na górze, po wyjściu z jaskini. Zmęczeni, ale zadowoleni.
Szczególnie ten pan poniżej...



Jako, że w pobliżu więcej dziur do zwiedzania nie było, pojechaliśmy w kierunku domu, a po drodze trafiliśmy jeszcze do Kells Priory, ruin średniowiecznego opactwa w pobliżu Kilkenny. Jak widać wieczorową porą było romantycznie, chociaż pewnie po tym jak odwiedzili wcześniej Rock of Cashel dużego wrażenia na Magdzie i Patryku zrobić się nie dało.

Niby u nas wiosna, niby dni bywają ciepłe, niby mrozów nie uświadczysz, ale goście z Polski marzną i czapki się przydały. Zresztą potem przydały się jeszcze bardziej... ale o tym co potem było napiszę właśnie potem.
Na razie można sobie obejrzeć obrazki. Komentarz wkrótce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz