sobota, 24 grudnia 2011

Gloria! InExelcis Deo!


Narodziłem się NAGI, mówi Bóg, abyś ty potrafił wyrzekać się samego siebie.

Narodziłem się UBOGI, abyś ty mógł uznać mnie za jedyne bogactwo.

Narodziłem się W STAJNI, abyś ty nauczył się uświęcać każde miejsce.

Narodziłem się BEZSILNY, abyś ty nigdy się mnie nie lękał.

Narodziłem się Z MIŁOŚCI, abyś ty nigdy nie zwątpił w moją miłość.

Narodziłem się W NOCY, abyś ty uwierzył, iż mogę rozjaśnić każdą rzeczywistość spowitą ciemnością.

Narodziłem się W LUDZKIEJ POSTACI, mówi Bóg, abyś ty nigdy nie wstydził się być sobą.

Narodziłem się JAKO CZŁOWIEK, abyś ty mógł się stać synem Bożym.



Narodziłem się PRZEŚLADOWANY OD POCZĄTKU, abyś ty
nauczył się przyjmować wszelkie trudności.

Narodziłem się W PROSTOCIE, abyś ty nie był wewnętrznie zagmatwany.

Narodziłem się W TWOIM LUDZKIM ŻYCIU, mówi Bóg,
aby wszystkich ludzi zaprowadzić do domu Ojca.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Dziękuję Ci Boże za
świat pełen męki,
Za to, że jestem, że żyję
Boże, dzięki!

Za ten dom a nie inny
Za to, że często cierpią ludzie niewinni
Za sekundę radości, choć tak krótko trwała
Za to, że nie bez powodu zawsze świata się bałam
Za te kilka uśmiechów na mojej twarzy
Za to, że nie wiadomo jeszcze co w życiu się zdarzy
Za to, że muszę patrzeć na ból innych ludzi
Za każde cierpienie, które kiedyś jeszcze wróci
Za to, że łatwo żyć tylko złym ludziom
Za to, że idę drogą tak trudną...
Za ten zły świat, bez wyjścia, bez wejścia
Za najgorsze dni,
Za to, ze ból pamiętam
Za te trudne decyzje i chwile
Za to, że tak często w życiu się mylę
Za tę jedna, krótką miłość, która tylko chwilę trwała
Za śmierć, która tylu bliskich mi zabrała
Za śmiech ludzi z czyjegoś nieszczęścia
Za to, że w życiu niektórych na miłość nie ma miejsca
Za przegrane uczucia i łzy, a było ich tyle
Za to, że z dnia na dzień tracę swoją siłę
Za ten smutek i żal w oczach ludzi
Za słońce rano, które ze snów nas budzi
Za to, że znów muszę powiedzieć "nie mogę"
Za to, że ktoś znowu za mnie wybiera drogę
Za ludzi, którzy mając wszystko nie dają nic
Za to, ze w takim świecie muszę żyć
Za przyjaciół na chwilę i fałszywe słowa
Za to, że nie mogę zacząć wszystkiego od nowa
Za chwilę nie jedną, bo żadna nie wróci
Za minutę szczęścia, która potem smuci
Za tę ranę, co boli, która nie chcę się zagoić
Za wołanie o pomoc, gdy nie mogę nic zrobić...
Za cuda na świecie, lecz żaden nie dla mnie
Za to, że wszystko kiedyś przepadnie
Za to, że nauczyłam się tylu złych rzeczy
Za to, że miłością i szczęściem zła się nie wyleczy
Za piękny świat, który tylko mi się śnił...
Za to, że znowu padam z sił...
Za te spracowane dłonie, bez nadziei i wiary
które szczęścia i miłości poznać nie zdołały
Za powodzie, pożary, wypadki i tragedie
Za zło pokazywane znowu w dobrym świetle

Za to, że mimo tych wszystkich wad
Mówią, że piękny jest ten świat

i mimo wszystko dziękuję, za każde znamię,
Dziękuję bardzo,
bo kocham Cię Panie..

poniedziałek, 14 listopada 2011

Wielki plecak doświadczeń

Przy wypakowywaniu jest więcej bałaganu.

Obraca się w rękach wyjmowane rzeczy, najczęściej wracają przywołane skojarzeniami emocje, obrazy, zapachy i dzwięki. Każdą rzecz tak oglądać pod światło, opowiadać o niej bliskiemu... Część rozpakowywanych doświadczeń układa się na półce obok wcześniejszych, dochodzą nowe półki dla nowych, przybija się i przywierca w ramkach doświadczenia, dla których nie ma szuflad, lub nie chce się ich zapominać wrzuconych na dno szafy.
Przy rozpakowywaniu też więcej jest śmieci, papierów, reklamówek... Czasem natknie się na coś zapomnianego i serdecznie to ucieszy, choć tak na serio to rozpakowanie to góra ... własnie prania i śmieci.
Śą stosty podzielone na białe i ciemne/ Czasem wiecej uwagi i czasu trzeba poświęcić rzeczy wykątkowo delikatnej i własnych rąk użyć...To taki maleńki więc stos "specjalny". Zanim to ułożysz na miejsca, trzeba w domowym płynku uprać, domowym przepłukać przepłukiwaczem zanim wróci na miejsce. Żeby odświeżyć, żeby pasowało, żeby było "nasze" i "domowe".

Po wypakowaniu kipisz na powierzchniach płaskich domu jawi się jak pobojowisko, jak przejście hurahanu, jak przeszukanie przez złodziei...Potem jednak, pranie się suszy i składa, ustawia się wypakowane pamiątki na półkach, zsuwa się książki, by było miejsca na dodatkowe, przywiezione z podóży. Walizki stoją gdzieś przy schodach do wyniesienia do schowka... Czasem tak stoją i stoją. Przypominają.

Rozpakowywujemy bagaż z kilkuletniej wyprawy.
Opróżniamy kolejno nasze plecaki.
Każdy przywiózł coś innego. Każdego zdjęcia są inne, przeżycia, emocje.

Ot, takie ziemskie podróże małe i duże.

Część współtowarzyszy została, część zawróciła, część skręciła w inną stonę, cześć straciła cel z oczu,część jeszcze zwolniła tempo, część zastaliśmy po "powrocie" w tym samym miejsu, są też wyraźnie szykujący się do poróży.

Robimy przepakowanie plecaków.
Bilans zysków dodatnich i zysków ujemnych.

I ruszamy.

wtorek, 4 października 2011

"Chcesz znać, o ile ważną twoja praca?

Zważ, jak z niej prędko myśl do Boga wraca..."

Norwid

Caluje urodzinowo, Futraku.....meżu i tato moich dzieci.

czwartek, 8 września 2011

naukowcy

Można powiedzieć, że od dziś cała rodzina się uczy. Poczynając od najmłodszej Zuzki, która poznaje tajniki szlaczków i skomplikowanych kolorowanek, poprzez Franka, który ma odpowiednio bardziej zaawansowane zadania w szkole, aż do Iwki, która od dwóch miesięcy uczy się obsługiwać agencję nieruchomości i do mnie, który dziś zapoznałem się ze szkołą, w której przyjdzie mi spędzić (mam nadzieję) kolejnych 10 miesięcy.
Na wstępie dostałem plan zajęć, gratisowy długopis i duży notatnik. I poczułem się jakbym na studia wrócił. Dookoła sami młodzi ludzie, w swojej grupie jestem prawie najstarszy, generalnie mam wrażenie, że będzie fajnie.
Nazwy zajęć brzmią obiecująco. Będziemy bawić się w ciemni, będziemy obrabiać zdjęcia cyfrowo, montować krótkie materiały telewizyjne, uczyć się produkcji programów radiowych, pisać artykuły do gazet, dyskutować o roli mediów i poznawać zasady komunikowania się.
Tak to wygląda teoretycznie. Praktyka - od jutra. Trzymajcie kciuki.

środa, 31 sierpnia 2011

wtorek, 30 sierpnia 2011

Sokole Oko

Nie, wbrew tytułowi nie będzie o moim ulubieńcu z serialu M.A.S.H.
Nie będzie też o żadnych tematach zoologicznych, chociaż ostatnio Franek zaczytuje się książką o zwierzętach i co i rusz częstuje nas jakąś rewelacją ze świata fauny.
Tytuł to na cześć Zuzki, z którą właśnie wróciliśmy od okulisty, ze standardowego badania, które przechodzą dzieci w wieku szkolnym. Oczy ma córcia sprawne, bystre i wszystkowidzące.
A co do wieku szkolnego naszych pociech, ktoś może się zdziwić lekko, że to już oboje ten wiek osiągnęli. Otóż tak. Franek jak wiadomo od dawna w szkołach bryluje, Zuzka zacznie dokładnie jutro. Tak, tak, koniec wakacji nastał, czas do nauki. Córcia idzie do pierwszej zerówki, tzw. Junior Infants, będzie się uczyła literek, poznawała kształty, ciut matematyki liźnie, pozna koleżanki i kolegów, a za rok pójdzie do Senior Infants, czyli klasy od której zaczynał Franek swoją karierę w szkole w Irlandii niemal 5 lat temu.
Leci ten czas, dzieci rosną, aż dziw bierze, że jeszcze niedawno Iwka zaprowadzała Franka do tej samej szkoły z Zuzką w brzuchu.

Teraz Franek będzie przewodnikiem Zuzki po zakamarkach szkoły i mamy nadzieję trochę się zaopiekuje młodszą siostrą w pierwszych dniach w nowym miejscu. Zuzka już dosłownie odlicza godziny do pójścia do szkoły, książki leżą przygotowane, pudełko i butelka z kotkiem na lunch i picie czekają na przyjęcie pierwszych kanapek i soczków, ołówki w piórniku niecierpliwią się przed napisaniem pierwszych literek. Jednym słowem, wszystko niemal gotowe.
Co ciekawe, Frankowi udziela się atmosfera i też nie może się doczekać powrotu do szkoły. Plecak spakował, pokój posprzątał, biurko ogarnął i chyba całkiem chętnie jutro poleci się uczyć. Pożyjemy, zobaczymy i relację zdamy.
A tak jeszcze zer szkolnych tematów...
Tata naszych dzieci też do szkoły idzie. Będzie się uczył dziennikarstwa i fotografii. A że tej drugiej będzie się uczył starą szkołą, czyli na kliszach i w ciemni, musiał sobie sprawić nowy aparat. I sobie sprawił, i wygląda on tak...
...i jest dokładnie takim samym aparatem jaki przez wiele lat służył mu na koncertach, imprezach i innych okazjach.
Z postępów w nauce młodszych i starszych będziemy zdawać relacje :)

środa, 24 sierpnia 2011

na razie .... 2x18

Dojrzałość. A co to niby takiego? Gotowość do rodzenia owoców? Wydawania plonów? Widzenie konsekwencji własnych czynów? W jakiej perspektywie? Dnia dzisiejszego, jutra? Wieczności? Te troche symbolicznie urodziny minęły sympatycznie bo zaczeliśmy świętowanie już w sobotę w sporym gronie. A wczoraj futrakowo w miłej knajpce, i potem na telefonie z kRAJem. Przekazałam do akceptacji rodzinie dalszej instrukcje dotyczące pogrzebu moich szczątków doczesnych, więc jak możecie sobie wyobrazić boki można było zrywać, mnie przynajmniej pozytywnie temat nastraja :) Jak czytelników nie-za-bardzo, to znaczy, że żyć jeszcze serio nie zaczeli - czego z całego serca WAM wszystkim życzę.


Dziękuje za obecność, dobre myśli, dobre słowa, upominki, pocztówki, kwiaty.


Poprosiłam Boga by zabrał ode mnie moje złe nawyki.
Bóg powiedział, nie.
Nie jest moi zadaniem pomóc ci sie ich pozbyć, ale twoim z nich zrezygnować.
Poprosiłam Boga by podarował mi cierpliwość.
Bóg powiedział, nie.
- Cierpliwość rodzi się ze zmartwień, boleści i udręki.
Niemożliwością jest ją dostać, trzeba się jej nauczyć.
Poprosiłam Boga by dał mi szczęście. Bóg powiedzial, nie.
- Ja daję ci błogosławieństwo, szczęście zależy od ciebie.
Poprosiłam Boga by pomógł mi w rozwoju mojej duszy. Bóg powiedział, nie.
- Tylko ty możesz ukształtować wnętrze swoje, ja jednak będę cię trzymał za ręke przez cały ten czas.
Poprosiłam Boga by podarował mi rzeczy, które sprawią, że moje życie będzię piękne.
Bóg powiedział, nie.
- Podaruje ci życie byś mógł cieszyć się jego pięknem.
Poprosiłam Boga by pomógł mi kochać innych tak bardzo jak on kocha mnie.
Bóg powiedział....
- Achhhh, no nareszcie, myślałem że już nigdy nie poprosisz.

intensywnie

Weekend był naprawdę zajmujący, żeby nie powiedzieć wyczerpujący.
Najpierw urodzinowa impreza, połączone siły gości Kasi i Iwy dały czadu i dały radę. My też daliśmy radę i nawet udało nam się w niedzielę odwiedzić festyn w Woodstown i wesołe miasteczko w Tramore (na fajerwerki w tym drugim nie mieliśmy sił, co wyszło nam na zdrowie).
Odwiedziny wyglądały tak:
Strzelano z łuku (do tarczy, żeby była jasność) 

Jeżdżono na kucykach 
(tak przy okazji, ten pan to nasz znajomy rolnik, od którego  od kilku miesięcy bierzemy mleko, z którego Iwa wyczarowuje sery i twarożki)

Puszczano latawce (latawiec to ten mały zielony trójkąt na niebie) 

Skakano do utraty tchu

Rozbijano się samochodami... 

...i samochodzikami.

A dla ciekawych mamy jeszcze wersję ruchomą wyczynów naszych pociech za kółkiem.


Ostatecznie wyjechaliśmy z Tramore po 20:00, mimo że wcześniej planowaliśmy obejrzeć pokaz fajerwerków na zakończenie sezonu. Jak się okazało wyjechanie wcześniej było strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Na pomysł obejrzenia fajerwerków wpadło kilkaset rodzin z Waterford i okolic, czego skutkiem było totalne zakorkowanie drogi do Tramore i to na dobrą godzinę przed samym pokazem. Co się działo po zakończeniu pokazu, przy próbie wyjechania z Tramore nawet nie chcę myśleć. Nas dostatecznie wymęczył festyn i łupiąca czaszkę muzyka w wesołym miasteczku. 
Po raz kolejny przekonałem się dlaczego ich nie lubię. Tych wesołych miasteczek znaczy się, które wcale takie wesołe mi się nie wydają. Ale to temat na inny raz. Teraz trzeba budzić podwójnie pełnoletnią żonę i jeszcze niepełnoletnie dzieci i zacząć nowy dzień :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Polska kultura - Sarmacja - Jacek Kowalski - Zuzanna Wiśniewska

Święto Maryjne, i wspomnienie Bitwy z wymodlonym zwycięstwem... i święto Wojska Polskiego dziś.

Myślę, że zrozumiecie dlaczego umieszczę dziś ULUBIONĄ piosenkę Zuzki i wysłuchacie jej wyobrażając sobie JAK ona to śpiewa :). Piosenkę zna ona całą od pierwszej do ostatniej zwrotki, czasem zapyta się o "parol" czy "wszejt", czy "trwoga", co to "regiment"... ale wydaje się jej, że słuchając pana Jacka zdaje ona sobie sprawę z powagi treści, a przynajmniej śpiewa poważnie. Jadąc do pracy słychamy jej kilkakrotnie... i czasem słysze od Zuzki "Krótka ta piosenka, prawda? Jesce ras o Maryi". Płyta Jacka płyta przyjechała ze mną wraz z Polonią Christiana.

Nadmieniam, że kolejne piosenka którą w tutaj Pan Jacek śpiewa -

Zuzka zna także - NA PAMIĘĆ ....

Zapraszamy:

niedziela, 14 sierpnia 2011

Jeziorka

Będzie na szybko.
W ramach poszukiwań akwenów rybackich zwiedziliśmy dziś trzy okoliczne jeziora. Aż dziw bierze że wcześniej o nich nie wiedzieliśmy. Chociaż stopień ich ukrycia sprawia że jakoś zdziwienie słabnie.
Niemniej jeziora są, całkiem urocze, a nad jednym nawet od biedy pikniki można urządzać. Szkoda że sezon powoli się kończy.
A w skrócie jeziorka okoliczne wyglądają tak:



piątek, 12 sierpnia 2011

podsumujmy

Coś na kształt jakiegoś podsumowania całego tygodnia może bym zrobił...
Ale zacznijmy od końca, czyli od dziś. Pogoda nie dopisuje zbytnio, na spacery, bieganie w parku czy wypad nad morze jest zdecydowanie za zimno i zbyt niebezpiecznie chmury grożą deszczem. Zatem trzeba sobie jakoś radzić domowymi sposobami. Z kilku opcji (każda ciekawsza od innych) dzieci wybrały kolorowanie. Zamówiły sobie ulubione postacie, a internet pomógł i tym sposobem Franek koloruje Spidermany, Batmany i Transformersy, a Zuzka Hello Kitty, Tweety i Kubusie Puchatki.
O właśnie tak:

Wczoraj lepiej było z pogodą, i nawet udało nam się zaliczyć plac zabaw. Chociaż pod koniec lekka mżawka tylko przyspieszyła nasze kroki do samochodu.
Dzieci wyrwane z murów wyglądały na szczęśliwe:



Ale tak naprawdę najważniejsze wydarzenia miały miejsce niemal tydzień temu.
Historia zaczyna się jakoś tak w połowie drogi między Clonmacnois a Kilkenny. Wracaliśmy ze zlotu młodzieży katolickiej (tak wiem, wiem... młodzieży.... hmmm.... jak to brzmi), dzieci spały na tylnych siedzeniach, myśmy rozprawiali o tym i owym i tak jakoś nasunęło się na, żeby w Kilkenny na kolację się zatrzymać. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Tym bardziej, że dzieci się obudziły, oboje głodne jak wilki i złe jak osy. Na obiekt pacyfikacji złych nastrojów dziecięcych wybraliśmy knajpę o wdzięcznej nazwie "Nostalgia" i pod kilka względami był to strzał w przysłowiową dziesiątkę.
Nie dość, że jedzenie smaczne i pożywne było, atmosfera miła i dzieci grzeczne, to jeszcze Iwka, przy okazji kolejnego rzucania nałogu nikotynowego, przed samą knajpą spotkała dwóch panów. Panów znanych i lubianych w pewnych kręgach, a szczególnie lubianych przez Franka co można zobaczyć tutaj:

Tak, tak! Iwka spotkała Fanzini Brothers. Tych dwóch kolesi co przeszkadzają Frankowi w występie na scenie. Spotkała i dowiedziała się, że bracia występują następnego dnia w Kilkenny właśnie. A z chwilą gdy podzieliła się z nami tą nowiną nie było ratunku - dzień później musieliśmy się pojawić na występie Fanzini Brothers. Franek obiecał, że będzie grzeczny i nawet chwilami obietnicę spełniał :)

I tak mimo niezbyt obiecującej pogody (tak, tak... aura nie rozpieszcza nas ostatnio) ruszyliśmy w niedzielę ku Kilkenny. Najpierw zrobiliśmy zaopatrzenie na bazarku pod miastem, potem zrobiliśmy zaopatrzenie w parasolki już w mieście. I kiedy deszcz nie dawał za wygraną, mimo przebłysków błękitu na niebie, Fanzini Brothers zaczęli swój występ. Krótko mówiąc - było wesoło :)

A mały epizod (a nawet dwa) zagrała moja własna żona, co można zobaczyć tutaj (i w kolejnych częściach):

Po przedstawieniu Franek się jeszcze poprzyjaźnił z panami artystami, porobił zdjęcia i głupie miny. A potem pojechaliśmy na mszę po łacinie, na co spuśćmy zasłonę milczenia, głównie za sprawą zachowania dzieci naszych, szczególnie młodszego.
Dały czadu. I nic więcej nie napiszę.

środa, 10 sierpnia 2011

A oto i moje odczucia, i list jaki napisałam do organizatorów:

"Chciałabym poznać sens i intencję organizatorów konkretnej zainscenizowanej części parady.Podczas parady Spraoi w Waterford dnia 31 lipca 2011 miała miejsce następująca scena:Na platformie pchanej przez wolontariuszy stała ogromna skrzynia stalowego koloru. Na każdym z boków była przerażająca twarz. W środku skrzyni, nazwanej przez organizatorów Puszką Pandory znajdowały się osoby ucharakteryzowane na diabłów. Z platformy wydobywał się dym, towarzyszyła jej ciężka deathmetalowa muzyka. Wieko Puszki Pandory co jakiś czas uchylało się i wyglądały z niej osoby ucharakteryzowane na diabły. Przed platformą szła grupka osób w przebraniach. Można było wyróżnić dwie osoby w strojach ortodoksyjnych Żydów, grupę Hary Krishna, kilka osób w strojach ludzi z epoki kamienia łupanego (lub przedstawiciele dzikich plemion), mężczyzn przebranych za biskupów z krzyżami na piersi, mężczyznę przebranego za papieża, mnicha, oraz pastora z Biblią w ręku, oraz kobietę w stroju czarownicy lub wróżącej cyganki. Pastor wyjmował piersiówkę z wyglądającej jak Biblia skrzyneczki i udawał że pije.

Gdy platforma z Puszką Pandory zatrzymywała się na trasie parady, po kolei wchodziły na nią przebrane osoby i kłaniały się w jej kierunku. Jak mniemam, kłaniały się siedzącym tam diabłom, osoby bowiem będące w środku skrzyni wyraźnie cieszyły się z takiego obrotu sprawy, uruchamiały wtedy system wodny tryskający na boki.

Chcę także podzielić się moimi odczuciami co do tej sceny. Obraziła ona moje religine uczucia, wzbudziła ona we mnie niesmak i wyraźny sprzeciw.
Uważam, że organizatorzy posunęli się za daleko w tym momencie, zbeszcześcili symbol chrześcijaństwa jakim jest Krzyż Jezusa Chrystusa oraz Pismo Święte.
Scena wyraźnie sugeruje, że wszyscy przedstawiciele religii oddają pokłon Szatanowi, co jest generalizowaniem, że także każdy kapłan i przedstawiciel Kościoła służy Złu. Zarówno osoby przebrane za przedstawicieli hierarchii Kościoła Katolickiego, jak i osoba pastora z Biblią w ręku, która służy mu do ukrycia alkoholu (nałogu), który także bije pokłony Diabłu. Zrównano w tej scenie pogańskie kulty (osoby przebrane za ludożerów, lub osoby z pradawnych plemion, i Hare Krishna, poganka – czarownica) z religią Chrześciańską, która ukształtowała Wyspy Brytyjskie.

Uważam, że organizatorzy parady Spraoi wykroczyli za daleko w prezentacji w ten sposób osób dla których symbol Krzyża Chrystusowego, ewangelizatorzy i kapłani są ważnymi częściami ich życia doczesnego.
Proszę o wyjaśnienie.
Oczekując odpowiedzi
Do wiadomości, organizatorów, sponsorów i mediów"

Mam prawo do swojej opini, reagować na bezeceństwa też mogę. Świat się pogrąża....


środa, 3 sierpnia 2011

wyjątkowo spokojnie

W tym roku Festiwal Spraoi minął nam wyjątkowo spokojnie. Nie wiem na ile to "zasługa" mojej jeszcze nie do końca sprawnej nogi, a na ile ogólnej niechęci do długich całodziennych spacerów, które nam dały w kość podczas zlotu żaglowców. W każdym razie, z kilkudziesięciu artystów i teatrów i takiej samej liczby zespołów widzieliśmy tylko kilka, a kwestie muzyczne w zasadzie całkiem pominęliśmy.
Oczywiście jak co roku kulminacją byłą parada i jak co roku zrobiła spore wrażenie (może tym "wrażeniem" sprowokuję Iwkę do napisania o swoich), chociaż gdzieś tam głowie rodzi się takie uczucie, jakby to już nie było takie niesamowite jak na samym początku, jak wtedy gdy przyjechaliśmy do Waterford i po raz pierwszy oglądaliśmy Spraoi i paradę. Albo mi się opatrzyło, albo też organizatorzy już tak się nie przykładają, albo fundusze nie pozwalają na taki rozmach. Albo wszystkiego po trochu, co jest najbardziej prawdopodobną opcją.
Po raz pierwszy zdecydowałem się nie brać aparatu na paradę, trochę ze względu na lekką niesprawność, a trochę z chęci przetestowania aparatu w nowej komórce. Cóż, test wypadł zgodnie z oczekiwaniem - aparat w komórce jeszcze długo nie zastąpi normalnej lustrzanki, ale do pstrykania rekreacyjnego już w zasadzie wystarcza. Kilka efektów testowania poniżej.




I jeden ruchomy efekt:

A tak jeszcze w temacie aparatów... Gdyby ktoś miał do odsprzedania za rozsądne pieniądze, lub czasowego oddania w dobre (czyli moje) ręce dobrą i sprawną lustrzankę analogową, chętnie rozpatrzę ofertę. Za miesiąc zaczynam szkołę i będzie mi taki anachroniczny sprzęt potrzebny.
O samej szkole i historii trafienia do niej - niedługo :)

czwartek, 28 lipca 2011

kończymy etap

Jeszcze nawiązując do poprzedniego posta...
Jest nasz synek z nami! Przyjechał cały, zdrowy, wyrośnięty i wytęskniony. Radości i opowieści nie było końca, tyle opowieści ma jeszcze w zanadrzu, i my tyle mamy mu do opowiadania. Dobrze być w komplecie.
A nawiązując do tytułu...
Jutro w życiu Zuzki kończy się etap przedszkolny. Ech... wiem jak to brzmi :)
Piątek będzie ostatnim dniem kiedy pójdzie do przedszkola i jednocześnie pierwszym dniem miesięcznych wakacji. Za 30 dni nasza mała córeczka, razem ze swoim wielkim bratem ruszy dzielnie do szkoły i zacznie naukę. A to wszystko oznacza, że rodzice tych dzieciaków fantastycznych są coraz starsi, ewentualnie, że czas pomyśleć o sposobie na odmłodzenie, czyli jakimś kolejnym maluchu.
Na razie Zuzka cała przejęta jest tą "SZKOŁĄ", chociaż chyba jeszcze do końca nie rozumie, że to oznacza pożegnanie z koleżankami z przedszkola, koniec beztroskich zabaw przez cały dzień. Szybko się przyzwyczai, tym bardziej, że zerówka, do której idzie we wrześniu nie będzie szkołą w pełnym tego słowa znaczeniu. Więcej w tym zabawy będzie niż konkretnej nauki, ale z czasem...
Dobrze, że Zuzka będzie miała silne wsparcie Franka. Wprawdzie synek piętro wyżej będzie rezydował z klasą swoją, ale na przerwach czy lunchach będą się widywać. Podobno to fajnie mieć starszego brata. Nie wiem, bo nie miałem, ale takie słyszałem pogłoski.
A z nowości u Futraków...
Zaczęliśmy chodzić na basen. I to tak intensywnie zaczęliśmy, że wczoraj byliśmy dwa razy, najpierw same chłopaki sprawdzili grunt, a potem całą rodzinką się już moczyliśmy. Dzieci zachwycone, dziś od rana się pytały czy idziemy na basen. Iwka zachwycona, wymasowana w jacuzzi, wypływana. Ja zachwycony, chociaż noga jeszcze nie pozwala się cieszyć w pełni.
Ale będzie coraz lepiej.

poniedziałek, 25 lipca 2011

100 pytań do... Franka!

Zuzka od jakiegoś czasu jest na etapie pytania o wszystko. Dzień zaczyna setką pytań i tak samo go kończy. Kiedyś nawet miałem chęć policzyć ile to pytań dziennie zadaje, ale zrezygnowałem zaraz po śniadaniu. Większość oczywiście zaczyna się od "dlaczego?" i oczywiście potem następuje pełna gama rozwinięć. I nie zniechęca jej żadna strategia, nawet "naukowe" odpowiedzi nie są w stanie wybić jej z rytmu. Jestem pewien, że mnie rozumie tego co mówię, kiedy pyta: "Dlaczego pada deszcz?" a ja odpowiadam: "Ponieważ w chmurach następuje kondensacja wody i krople cięższe od powietrza spadają na ziemię.". Ale mimo to kwituje taką odpowiedź swoim nieśmiertelnym "Aha" i przechodzi do następnego pytania, dla przykładu "A dlaczego spadają?"
Dziś zasypiając, mam wrażenie, że już w lekkim półśnie, zadała mi jeszcze z 10 pytań na tematy różne. I oczywiście nie mogłem przemilczeć odpowiedzi, bo póki jej nie uzyska będzie pytanie powtarzała.
Uch... te wyzwania rodzicielskie.
Ale... ale... ale...!!!
Już jutro będziemy mieli odciążenie, ponieważ z ponad-miesięcznych wakacji wraca do nas nasz synek - Franek. I pytaniami zasypiemy go my, i to on będzie musiał odpowiadać i opowiadać.
Cieszymy się, nie tylko dlatego, że Zuzka będzie miała nowy obiekt do zapytań, ale przede wszystkim, że Futraki znów będą w komplecie, znów we czwórkę, znów wszyscy razem. Znów będziemy się zżymać na dzieciaki, na ich nicponiowatość, na ich niechęć do podporządkowania się woli rodziców, ale cóż... tak ma być. Bo przecież to kochane dzieciaki są.
No sami zobaczcie.




Już jutro o tej porze będą znów razem :)

piątek, 15 lipca 2011

na plaży słońce praży...

Mimo nogi nadal sprawnej tylko w części nie mogliśmy nie wykorzystać irlandzkich upałów (irlandzki upał zaczyna się od 20 stopni Celsjusza) i nie ruszyć na tak zwane łono natury. tradycyjnie w taką pogodę łonem natury najbardziej nam odpowiadającym była plaża w Woodstown, bo to i piasek przyjemny, bo woda płytka więc bezpieczna, bo blisko można podjechać i takie tam.
Iwka została odebrana z pracy, obiad został zjedzony, mały odpoczynek zrobiony i jazda ku przygodzie!
W zasadzie plaż za bardzo nie lubię, bo to i robić za bardzo co nie ma a fanem smażenia się na słońcu nigdy nie byłem. Ale chyba na starość coś się rozleniwiam, bo do Woodstown jeżdżę z przyjemnością. I tak było teraz. Bo jakże tu przyjemności nie odczuwać kiedy poleżeć można, książkę poczytać, słońce wcale tak mocno nie pali, a do tego Zuzka radochy ma po pachy. Zresztą zobaczcie:
radocha po pachy, czyli dziecko brudne to dziecko szcześliwe

po ciężkiej zabawie należy się odpoczynek

nosiła wodę, nosiła, a morza się nie udało przelać

piątek, 8 lipca 2011

okulany

No i trochę mnie przykuło do komputera, a w zasadzie w pozycji siedzącej. Od środy wieczór kuleję, od wczoraj kuleję z kulami.
A zaczęło się tak: grałem w siatkówkę, skoczyłem, spadłem na obie nogi, tylko jedna coś zabolała, pomyślałem, że to skurcz i że zaraz przejdzie, pograłem jeszcze trochę mimo bólu i pojechałem do domu. Następnego ranka łydka bolała jeszcze bardziej i wyglądała jak balon, więc zahaczyłem lekarza, odebrałem skierowanie do szpitala, tam mnie zbadali, dali opaskę uciskową od stopy do kolana, wręczyli dwie kule i powiedzieli, żeby nogę oszczędzać. No i oszczędzam właśnie, bo jak siedzę to nie boli, jak stoję 10 minut też nie boli, gorzej z chodzeniem, chociaż i tak jest lepiej niż wczoraj. I każdego dnia będzie coraz lepiej, nie? :)
Pierwszy raz w życiu chodzę o kulach, a w zasadzie o jednej. Nie powiem, żeby to było przyjemne i łatwe. Szczególnie jak trzeba szybko przejść przez ulicę, albo po schodku wejść.
Ech... a powiadają, że sport to zdrowie :)

czwartek, 7 lipca 2011

lenistwo i brak czasu

Dawno nas tu nie było, oj dawno. A jako że powody już wyłuszczyłem w tytule, przejdę od razu do rzeczy. A żeby było łatwiej, szybciej i przyjemniej zrobię to obrazkowo. A jak ktoś mi zarzuci że idę na łatwiznę, cóż... pochylę głowę, pokajam się, przyznam mu rację i złożę samokrytykę.
Ale najpierw...

Tuż po powrocie z Polski wpadliśmy w wir lokalnych wydarzeń, a wydarzenia miały postać przedstawienia dla dzieci. Występowały dzieci młodsze, z pomocą dzieci starszych. Wśród tych pierwszych znalazła się i Zuzka w roli purpurowej.




Niecały tydzień później te same dzieci pokazały to samo przedstawienie przed wielką publicznością, w samym centrum Waterford, na scenie na głównym placu miasta. Przeżycie było chyba większe dla rodziców niż dla dzieci, które bardzo profesjonalnie podeszły do zadania i naprawdę dały radę.
I nawet mały skandalik nie zakłócił mojej radości z tego, że Zuzka razem z innymi dzieciakami pokazała się na dużej scenie. (dla wyjątkowo ciekawskich po szczegóły skandaliku odsyłam tutaj)




A znów niecały tydzień potem Waterford nawiedziły żaglowce, dziesiątki żaglowców... no dokładnie 44, w tym trzy z Polski. Miasto zmieniło się w jeden wielki teren piknikowy a my zmieniliśmy się w łazików. W sam tylko piątek spędziliśmy poza domem 10 godzin i jak wróciliśmy sił nie starczyło na nic poza pacnięciem na kanapę i włączeniem filmu.
A sam zlot żaglowców z perspektywy Futraków wyglądał tak:

Wyjątkowo spokojny czwartek


Piracki piątek










Sobota na wesołym miasteczku






Jak widać na ostatnim obrazku najmłodszym brakowało czasami sił. A starszym też, szczególnie po sesji noszenia młodszych na głowie. Dlatego też na koniec zlotowego weekendu nastąpiła...

Spokojna niedziela


Mieliśmy obserwować wypłynięcie żaglowców na pełne morze, ale w ostatniej chwili zmieniono plany i żaglowce zamiast płynąć na zachód (ku nam) popłynęły na wschód (dokładnie nie ku nam). Dlatego najlepsze ujęcie żaglowca jakie zrobiłem swoim najdłuższym obiektywem wygląda słabo:

Jakby ktoś miał chęć i ciekawość poczytać oficjalnie o zlocie - zapraszam tutaj.

I to na tyle. Chociaż do opisania jest jeszcze wiele. Choćby Iwki praca, moja przyszła nauka, Zuzki zbliżająca się szkoła, tęsknota za Frankiem... ale obiecywać nie będę, że coś napiszę, bo... patrz tytuł :)