poniedziałek, 8 listopada 2010

wózkownia

Zuzka od kilku dni ma pod opieką dwie małe dziewczynki, czasami dziewczynkę i chłopczyka. Nazywają się różnie, w zależności od humoru. Czasami to Majka i Oliwia, czasem Jeremi i Leila, innym razem w wózku siedzi Majka i Jula. Dozwolone są też różne inne kombinacje. Lalki, bo to o nie oczywiście chodzi, czasami zasypiają i wtedy musimy być cicho. Na szczęście długo nie śpią, bo przecież muszą też zjeść, pochodzić trochę, obejrzeć czasami z Zuzką jakąś bajkę. Słowem córka nasza wsiąkła kompletnie w zabawy z lalkami, a jeszcze od kilku dni ma nowy wózek od Dagmary, który już kompletnie ją zaczarował. Chodzi z nim wszędzie, poprawia kołderki, układa lalki do snu i takie tam rzeczy, które zwykle się robi z małymi dziećmi, lub lalkami właśnie. A najlepsze w tym wszystkim, że lalki niezmiennie są jej "siostrami". Nawet jeśli akurat mają na imię Jeremi. Cóż... kto wie, czy Zuzka czegoś nie wywróży. W razie czego opiekunkę w domu mamy sprawdzoną :)
Tymczasem Franek coraz bardziej dorośleje. Czasami takie tematy poruszy, że aż człowiek się wzruszy, że taki rozgarnięty. Chociaż zaraz potem ten sam człowiek się wkurzy, że synek jakieś głupio-dziecięce psoty odwali. Trochę tak jakby stał okrakiem między takim dorastaniem pełną gębą a takim małym chłopaczkiem, który jeszcze pobawiłby się zabawkami młodszej siostry. Coraz częściej na tapecie pojawiają się filmy z aktorami, a nie kreskówki, coraz częściej jakieś poważnie przygodowe z fabułą, a nie infantylne bajeczki dla dzieci.
Przed weekendem przyszły do nas zamówione odbitki. W sumie prawie 700 zdjęć z prawie trzech ostatnich lat. Sporo? Niby tak, ale tyle się przez ten czas działo, że aż chciało się co najmniej dwa razy więcej zdjęć wywołać. Układając te wszystkie zdjęcia w albumie (w sumie nie wszystkie, bo cześć się nie zmieściła) co chwila doznawałem wrażenia podróży w czasie. Do chwil, które bez tych zdjęć umknęłyby w natłoku codziennych zajęć.
Na przykład taki marcowy wypad na plac zabaw, kiedy słońce przygrzało jak w lecie.


Albo zimowy spacer po plaży w Woodstown.


Niby nic się nie wydarzyło, ale to jedne z tych chwil wartych zapamiętania. Takich właśnie tylko naszych, z których się składa futrakowe życie. Bo mam wrażenie, że to co na zewnątrz, co przeżywane z innymi to już nie do końca nasze, przynajmniej nie w całości.
Za kilka dni na parę godzin znów staniemy się "nie nasi". Współorganizujemy wystawę o PRL, przyjmujemy historyków z IPN, zapraszamy oficjeli, szykujemy wszystko, żeby grało i śpiewało. I mamy nadzieję, że ktoś oprócz nas będzie się dobrze bawił. Przynajmniej tak dobrze jak nasze i inne dzieci na niedawnym Balu Wszystkich Świętych (zdjęcia tutaj).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz